czwartek, 28 czerwca 2012

12. Zacznijmy od początku.


Alice pośpiesznie weszła do klubu,tego samego, który odwiedzili kiedyś z Alexem, aby nikt nie zwrócił na nią uwagi. Dziś nie miała ochoty na żadne przypadkowe znajomości, umówiła się w konkretnym miejscu i czasie. Dziewczyna już tam siedziała. Ku zdziwieniu Alice razem z nią siedziały trzy inne osoby – nieogolony chłopak w kolorowej, pasiastej bluzie z wysoko postawionymi włosami i dużymi, czarnymi okularami i dwie brunetki, jedna siedziała przytulona do chłopaka, a druga nerwowo bawiła się rurką od drinka. Alice stanęła prosto przed ich stolikiem i pomachała na przywitanie.
- Ty musisz być Susan – podała rękę dziewczynie, była chłodna, ale przyjemna w dotyku Susan się uśmiechnęła i pokiwała głową. Tak jak Alice była blondynką,lecz dużo niższą od mierzącej 170 Al. Ubrana w granatową koszulę i szare rurki idealnie pasujące do jej szczupłych nóg nerwowo poprawiała nie dające się ułożyć włosy. Alice w myślach stwierdziła,że jest zdecydowanie ładna, co w jej przekonaniu było dziwne jak na lesbijkę. Nie, nie, nie kierowała się się stereotypami, ale żadna poprzednio lesbijka nie była tak ładna jak tak Susam mogłaby mieć każdego faceta, którego by tylko zapragnęła. Al usiadła niepewnie na kanapie obok brunetki, która przedstawiła się jako Anna. Dziewczyna popatrzyła się na nią z pode łba i puściła oko do Susan.
- No to powiedz nam Alice skąd jesteś ? – zagadała do niej Susan . Widocznie speszona, wyciągnęła papierosy w jej kierunku. Alice pokręciła głową i wyciągnęła swoje Marlboro.
- Prosto z Liverpoolu…- zaczęła Alice,ale Anna jej przerwała.
- Może wy usiądźcie obok siebie,a ja sobie pogadam z Pierre – wstała wylewając drinka na stolik.
Chwilę później Susan siedziała obok Alice przysłuchując się historii o tym jak to trafili z Alexandrem do Amsterdamu cały czas się uśmiechając, co Al uznała za rozkoszne.
P trzech drinkach siedziały rozwalone na kanapie jak stare przyjaciółki śmiejąc się w głos. Susan była z pochodzenia amerykanką, ale urodziła się i mieszkała w Amsterdamie. Jej matka- tak jak ojciec Al.- była adwokatem, a ojca nie znała, zmarł (jak utrzymywała matka na wojnie w Iraku w 1991 roku) ,ale Susan wciąż wierzyła w jego powrót.
- To naprawdę nie możliwe,że tak zniknął! – powtarzała ze smutkiem w głosie. Alice było żal koleżanki, widziała w niej niegasnącą nadzieję i wielką wiarę w to co mówiła. Dobrze wiedziała, że ta dziewczyna jeszcze coś zmieni w jej życiu, to była prawdziwa kobieca intuicja.
    Alexander szedł cuchnącym moczem przejściem podziemnym pod estakadą. Było zimno, ale Alexowi w ogóle to nie przeszkadzało, był Nawet zadowolony. W pracy wszystko szło po jego myśli, idealnie nadawał się do tej pracy. Wreszcie coś sprawiało mu przyjemność i nikt go nie nagabywał, ani nie zmuszał do czegoś więcej niż obowiązki pracownika. Nawet powoli przestawał myśleć o Gerardzie. „Zniknął skurwysyn to niech żałuje” pocieszał się. Gdy dochodził do drzwi od mieszkania zadzwonił telefon.
- Alexaaaanderrrr? – usłyszał w słuchawce nieznajomy kobiecy głos. Zmarszczył brwi.
- Tak ?
- Przyjaciel Alice ? – dziewczyna nie wydawała się trzeźwa, tak, zdecydowanie nie była trzeźwa.
- Cóż to za żarty? – zapytał podenerwowany .
- Słuchaj, jestem Anna, choć mówią na mnie….EJ ! JAK NA MNIE MÓWIĄ ? – ostatnie zdanie było skierowane do osób, które najwidoczniej były z nieznajomą, Alex miał ochotę się rozłączyć, ale coś przekonało go,żeby tego nie robić.
- Nie ważne jak na ciebie mówią, możesz powiedzieć w jakiej sprawie dzwonisz?
- Ooooczzywwwiścieeee…przyjdź do Bonusa, z łaski swojej. Pierre tu jest, ja tu jestem, Doris tu jest…
- Nie znam was. – przerwał jej, po raz kolejny.
- I twoja przyjaciółka Alice…zaraz….gdzie ona jest? A…no jest Alice,ale jest zajęta.
-Zajęta?! W jakim sensie ? – prawie krzyknął,ale zaraz zdał sobie sprawę,że przecież ledwo rozstała się z Liamem, nie mogła tak szybko znaleźć sobie zamiennika, nie umiała nawet tak.
- No…jeszcze jest Susan ,ale…ale…przyjdź tu, bo my musimy Ci coś powiedzieć! – dziewczyna miała dar przekonywania, Alex nie mógł się mu oprzeć, szybko zszedł na dół i pobiegł do klubu.
Anna patrzyła na Susan radośnie rozmawiającą z Al. W tle grało „Turn me on” w wykonaniu Norah Jones, klub powoli pustoszał, mimo,że dopiero dochodziła 22. Chwilę później doszedł Alex , podał wszystkim rękę i usiadł obok swojej przyjaciółki. Przysunął się do niej i powąchał.
- Al…znowu jesteś pijana! – ofuknął ją ze śmiechem. Alice już miała się obronić,ale Alexander zwrócił się do reszty znajomych. – Cóż to za sprawę macie.
- Otóż, zapraszamy was do nas. – Anna się gwałtownie wyprostowała i poprawiła włosy. – Alice bardzo polubiła moją przyjaciółkę. Myślę,że jak przeniesiemy imprezę do nas to będą szczęśliwe.
- Do nas? I po co ja wam tam, Alice jest dorosła…chyba. – spojrzał na nią z delikatnym niedowierzaniem. – I…
- Nie ma i, chcemy was poznać! – Anna się do niego uśmiechnęła . – Ktoś musi pilnować Alice.
- A wy tego nie możecie zrobić ? – Alex nie miał ochoty na całonocne imprezy na których nie miał się do kogo przytulić, ostatni raz był na takiej jeszcze w Liverpoolu ze swoim ówczesnym chłopakiem , ale to było dość dawno, nawet nie pamiętał jak wygląda impreza bez faceta u boku. – Może wezmę Alice do domu?
- No,ale… Alex,chodźmy do nich! – Alice postanowiła się dołączyć do dyskusji, mocno przytuliła się do niego od tyłu i zaczęła mu szeptać do ucha- Oni mają takiii fajny dom, wynajmują u starego hipisa i każdy sobie może tam przychodzić kiedy chce i tam jest tak fajnie i ten hipis sobie jeździ do swojej ukochanej w Norwegii za te pieniądze i naprawdę będzie fajnie…
Chłopak odwrócił się do niej, zmierzył wzrokiem i zapytał
-Kochanie, co ty bredzisz?


Dom na pierwszy rzut oka sprawiał wrażenie opuszczonego. Na szarych, zniszczonych ścianach namalowane było różowo- zielone graffiti z wielki napisem po holendersku. Alex patrzył na to z odrazą. Susan otworzyła obdarte, wielkie drzwi i stanęła pokazując gestem,że mają wchodzić do środka. Alice pewnym krokiem weszła do kuchni, rozglądnęła się dookoła i gorzko skrzywiła. Obskurna kuchnia wywarła na niej chęć powrotu do ich mieszkania, powoli żałowała,że tu przyszli.
- Taaakkk…to jest nasz dom publiczny. – zaśmiała się Anna zapalając światło. – Mieszkamy to mu czyli Ja, Susan , Pierre i Doris a do tego jeszcze para takich lesb i….
- Nasz Hawajczyk. – dodała Doris, która dzisiejszego wieczoru ani razu się nie odezwała.
- Hawajczyk ? –zapytał Alex stając obok Alice, która tak samo jak on mrużyła oczy ze zdziwieniem.
- A to długa historia! – Susan weszła do salonu odpalając sobie papierosa od starej, mokrej od tłuszczu kuchenki gazowej.- Chodźcie tutaj!
- Chyba za często tu nie sprzątają… - szepnął Alex do przyjaciółki, tak aby domownicy nie usłyszeli.
- A my sprzątamy?! – dziewczyna na żarty udawała karcący głos . – Bo mi się wydaje,że nie bardzo!
Alex poprawił sobie włosy, podniósł głowę i stylizowanym głosem na pedała powiedział :
- No wiesz, kto nie sprząta ten nie sprząta, porównaj sobie mój pokój a twój! – przy tym jedną rękę oparł na biodro a drugą wymachiwał na lewo i prawo. Alice się głośno zaśmiała , po czym zwróciła do Susan.
- Opowiadajcie o Hawajczyku!
- Ach, to było tak…- zaczęła Susan, ale Anna jej przerwała :
- Potrzebowaliśmy pieniędzy na wynajem i daliśmy ogłoszenie w gazecie…tak? W gazecie?
- Nie! Ja to napisałam na facebooku!
- Nie, bo ja ! – dołączył się Pierre, chłopak w pasiastej bluzie i okularach.
- W każdym razie zadzwonił do nas znajomy, jak się domyślasz, artysta… - Susan w końcu im przerwała,aby w spokoju dokończyć historię.
- Gej? – zapytała Alice.
- Nie chcemy, żebyście myśleli,że mamy samych znajomych gejów, dlatego pozwoliłam sobie opuścić tę informację. – Susan znów się zaśmiała krztusząc się przy tym papierosem.
- Właściwie to nie ważne,Su, opowiadaj dalej! – namawiała ją Alice. Alexander zauważył,że dziewczyna zaczęła już mówić do Susan zdrobniale, czyli musiała ją polubić. Alice nigdy nie mówiła do ludzi zdrobniale, jeśli ich nie lubiła. Chłopak usiadł na obdartym fotelu i począł słuchać historii, której jakimś cudem nie mogli skończyć, ba! Nawet zacząć.
- Nasz Hawajczyk był znajomym znajomego naszego kolegi –ARTYSTY - Susan wyraźnie chciała podkreślić to zmieniając ton głosu. – trafił tu, jak my wszyscy, przypadkiem.
- Nie mówi w żadnym ludzkim języku! – dodała Doris. – Tylko po hawajsku…
- I czym się tu zajmuje? – Alex był bardzo ciekawski.
- Gra na ukulele w orkiestrze jakiejś , nie ? Nikt go nie rozumie, on tu tylko mieszka, siedzi na balkonie i gra. – mruknęła Anna rzucając Susan papierosy. Nastąpiła chwila ciszy.
Alex patrzył bezmyślnie w ziemię, a Alice próbowała zwrócić na siebie uwagę Susan. Rzucała jej flirtowe spojrzenia, na które Susan odpowiadała tym samym. W końcu klasnęła w dłonie i głośno powiedziała :
- Napijmy się vermouth’u ! – podeszła do barku i wyciągnęła z niego białą butelkę i sok pomarańczowy. Alice kochała vermouth, więc szybko podeszła do niej i wyciągnęła jej butelkę z ręki.
- Ja się tym zajmę. – szepnęła z uśmiechem.
Susan puściła butelkę i podała Alice szklankę.
- Proszę bardzo, specjalny drink dla mnie poproszę.
Alice odwróciła się do reszty towarzystwa
- Ktoś jeszcze sobie życzy drinka ?
- Ja…chyba pójdę spać. – Doris ziewnęła kierując się w stronę schodów na piętro, a za nią szybkim krokiem udał się Pierre mruknąwszy ciche : dobranoc. Alex wyciągnął rękę w kierunku Alice, aby podała mu drinka, a następnie skierował swój wzrok na Annę.
- Ty też jesteś lesbijką?
- Pfie, ja?! Czy ja wyglądam na lesbijkę? Jedyna w tym domu heteryczka, nigdy, nigdy, nie potrafiłabym tak, faceci są spoko! – dziewczyna obruszyła się i dostała słowotoku. – Wyobrażasz sobie mnie z kobietą ? To,że Susan jest lesbijką to nie oznacza,że ja też, nigdy nigdy! – Ostatnie dwa słowa powtórzyła jeszcze parę razy,aż w końcu wygodnie usadowiła się w fotelu i zapaliła papierosa.
 – Przepraszam…nie chciałem Cię urazić… - zawstydzony Alex skupił swój wzrok na swoich butach.
Alice i Susan usiadły obok siebie i radośnie zaczęły rozmawiać o walorach smakowych vermouth’u. Porównywały różne typy Martini z Cincinaro i innymi typami tego trunku, więc nawet nie zauważyły,że Anna zasnęła a Alex tylko im się przysłuchiwał. W końcu przerwał im delikatnym kaszlnięciem.
- Alice, może czas do domu? – zapytał patrząc na nią z delikatną nadzieją,że się zgodzi. O niczym tak nie marzył jak o łóżku.
- Ale…no dobra,masz rację! – Alice szybko poderwała się z fotela,ale Susan złapała ją za rękę.
- Poczekajcie, jest trzecia w nocy, jak chcecie wrócić do centrum ?
- Taksówką zapewne… - Alex próbował jeszcze obronić swojej racji,ale Susan popatzyła na niego karcącym wzrokiem.
- Zabraniam wam,śpijcie tutaj. Możecie oboje na kanapie.

sobota, 2 czerwca 2012

11. Zawsze coś zostaje w głowie.


Sen był niespokojny. Alice obudziła się i spojrzała na zegarek,który wskazywał 3.05 w nocy. Dziewczyna wzięła głęboki oddech. Coś zdecydowanie było nie tak. Liam nie odzywał się już trzeci dzień. Nawet Ingrid nie dzwoniła. Po plecach przeszedł jej dreszcz. A jeśli mają jej dość? Co jeśli Alexander też ? Cicho otworzyła drzwi od pokoju i rozejrzała się. Nic się nie zmieniło. Na stole w kuchni dalej leżał kubek, który zostawiła tu wczoraj wieczorem, w zlewie leżał stos garnków, które czekały na umycie. W koszyku na owoce leżały trzy podgniłe pomarańcze. Dziewczyna popatrzyła z odrazą na kuchnię. „Jesteśmy beznadziejni, zero jakiejkolwiek dyscypliny…” pomyślała wrzucając owoce do kosza na śmieci. O dziwo był pusty, widocznie Alex postanowił wyrzucić raz na 2 tygodnie śmieci. Następnie ubrała na piżamę kurtkę i włożyła buty. Na swoje nieuczesane blond włosy nałożyła czarną czapkę i delikatnie zamknęła drzwi za sobą. Nie wiedziała dokąd idzie. Intuicja zaprowadziła ją pod dom Liama. Zadzwoniła do drzwi.
- Alice?! – Liam otworzył drzwi poprawiając swoje bokserki z Calvina Kleina.
- We własnej osobie. – mruknęła odpalając pierwszego papierosa tej nocy. Liam wydawał się być zmieszany. Patrzyli na siebie przez chwilę w ciszy, aż z salonu wyszła ciemnowłosa dziewczyna w samej bieliźnie.
- Kto to? –zapytała perfidnie wskazując na Alice, która szeroko otworzyła usta. To był szok. Liam zamknął powieki i zagryzł wargi. Alice odwróciła się na pięcie i nawet nie usłyszała jego cichego : przepraszam.
Ku jej zdziwieniu nie bolało ją to tak, jak myślała,że będzie boleć. Po prostu szła przez miasto paląc papierosa za papierosem. Od czasu do czasu kopała śnieg, który jej przeszkadzał. Lubiła zimę,ale ta była zupełnie inna od tej z którą miała do czynienia w Liverpoolu. W końcu usiadła na ławce w parku.
Przez myśli przeszły jej wszystkie chwile z Liamem. Był skurwysynem, przyznała przed sobą, z resztą nie jedynym. „Widocznie go nie kochałam.” Zamyśliła się. Siedziała tam jeszcze przez parę minut aby z powrotem wrócić do domu.
- Gdzie ty się podziewałaś? – powiedział Alex gdy przyjaciółka weszła do domu. – Nie za zimno na nocne przechadzki?
Dziewczyna przez chwilę milczała. Nie, nie było jej zimno. Nawet nie była specjalnie smutna. Czuła się wręcz wolna, co przyprawiło ją o chęć pójścia do klubu i poznania kogoś. W końcu odezwała się do Alexandra :
- A wiesz,że nie mogła spać, więc poszłam załatwić pewną sprawę, która sama się rozwiązała. –  uśmiechnęła się szelmowsko do przyjaciela. Alexander wiedział,że nie należy teraz roztrząsać tematu. Milczał mieszając swoją kawę. Słońce zaczęło już powoli wschodzić.
Przez resztę poranka nie odzywali się do siebie. Alice zaczęła sprzątać powoli kuchnię, a Alexander szybko się ubrał i wyszedł do muzeum. Atmosfera w ich mieszkaniu była dość ciężka. Al wiedziała,że nie pojawi się więcej w domu Mrs Brown. Nie chciała już więcej widzieć Liama. Żal zawsze będzie trwał cokolwiek by się nie stało. Postanowiła,że napisze wypowiedzienie mailem, a potem pójdzie poszukać pracy kelnerki czy barmanki w którymś z pubów w okolicy. Usiadła przed komputerem i już miała się brać za pisanie,ale jej uwagę przykuła reklama, którą ktoś jej wysłał na maila. Nie miała w zwyczaju oglądać SPAMu ale to było zupełnie coś innego…
Była to strona dla osób LGBT w Amsterdamie. Ot , nie dla poszukujących przygodnego seksu,ale dla tych,którzy chcieli się poznać. Alice przez chwilę się zastanawiała czy nie założyć tam konta. Co jej szkodzi, może pozna nowych przyjaciół. Mieszkają z Alexandrem tu już 2 miesiące i w sumie nie mają dużo przyjaciół. Gerard, który nie się przestał odzywać, ta anorektyczka, której imienia Alice nie mogła sobie przypomnieć i właściwie tyle… Liam? Nie…to tylko wspomnienie.  Szybko wpisała swoje dane i wkleiła jedno ze zdjęć,które zrobiła sobie kiedyś przed lustrem z Alexem. Wyglądali na nim oboje na tak szczęśliwych, jak nigdy. Poruszyło ją  to zdjęcie. „Może ktoś napisze?” pomyślała.
Zamknęła stronę i zaczęła pisać swoje wypowiedzenie, ale przerwał jej dzwonek Skype’a.  Odbrała.
- Hej…nie chciałabyś się spotkać? – usłyszała w telefonie niski, damski głos. 

wtorek, 10 kwietnia 2012

9. Stoję w szczerym polu.

Gabi weszła do toalety w McDonaldzie i cicho zamknęła za sobą drzwi. Zagryzła wargi czytając instrukcję testu ciążowego. Tak, dodatni – ciąża. Dobrze.
Chwilę później drżącą ręką patrzyła na wynik testu. Był dodatni. Po jej chudych policzkach pociekły łzy. Nie mogę zabić tego dziecka, pomyślała. Czy to instynkt macierzyński? Modelka z dzieckiem? Mój Boże, co ja teraz zrobię?



Chwilę później drżącą ręką  patrzyła na wynik testu. Był dodatni. Po jej chudych policzkach pociekły łzy. Nie mogę zabić tego dziecka, pomyślała. Czy  to instynkt macierzyński? Modelka z dzieckiem? Mój Boże, co ja teraz zrobię?

Przetarła rękawem policzki, poprawiła szybko makijaż i fryzurę.  Szybko wyszła z toalety,aby skierować w stronę wyjścia, nim otworzyła drzwi przypomniała sobie o tym,że nic nie jadła od parunastu godzin. Obróciła się w stronę kas. Cheesburgery i tym podobne lekko ją odrzuciły,jednak głód zwyciężył.

Zamówiła wielki zestaw z frytkami, Big Maciem i Colą. Przyznała się sama przed sobą,że nie jadła w McDonaldzie od wczesnego dzieciństwa. Przypomniała sobie,kiedy to ojciec nie chciał gotować i prowadził do tej „ekskluzywnej restauracji” . Usiadła w głębi Sali i szybkimi ruchami zaczęła wrzucać w siebie jedzenie. Momentalnie zrobiło jej się niedobrze. Odrzuciła tacę i poleciała z powrotem do łazienki.
Kiedy skończyła, wybiegła momentalnie na ulice Amsterdamu,była trzecia w nocy. Usiadła na murku przy kanale i zaczęła grzebać w swojej małej pikowanej torebce od Chanel. Wyciągnęła  wszystkie tabletki- na odchudzanie,  na depresję i małą kapsułkę z morfiną. Nie zastanawiając się nawet chwilę, wrzuciła je do wody. Tym akcentem rozpoczęła nowy rozdział w życiu. Wszystko miało się zmienić,chciała być szczęśliwa. Miała w portfelu tylko 200 euro, ale postanowiła wrócić do mieszkania w którym miała całe oszczędności swojego życia i  bała się oddać ich do banku. Jedynym problemem do odzyskania ich był Jimmy. 



***


Ciepły głos Franka Sinatry wypełnił pokój. Liam i Alice płynęli po pokoju w równym walcu, co jakiś czas wykonując obroty. Przód, tył, przód, tył. Alice położyła głowę w zagłębieniu obojczyka. Czuła, jak Liam uśmiecha się delikatnie. Let’s fly with meee, let’s fly, let’s fly faarrr away –zaśpiewała te słowa razem z wokalistą po czym zaśmiała się. Wykonała jeszcze jeden obrót. Liam przyciągnął ją do siebie i zbliżył się do jej twarzy. Alice popatrzyła mu głęboko w oczy. Tak! Tak! Chce to zrobić! 


TRZASK!


- Alice! Wstawaj! – krzyknął Alex, zbierając resztki talerza, który wypadł mu z ręki. Szklane kawałki wydawały nieprzyjemny odgłos w połączeniu z podłogą. Alex klną siarczyście, wybierając drobinki z dziur w parkiecie. Dziewczyna leżała na kanapie w ubraniu, i przecierała czoło. Sen, który śnił jej się tej nocy zaczął powoli znikać z jej pamięci ale na widok Liama zaczerwieniła się. Siedział przy stole bawiąc się puzzlami, które Alice dostała od matki na gwiazdkę. Nagle coś wpadło jej do głowy.
- Wiecie co ? Puśćmy Sinatrę! – zawołała, zeskakując z kanapy. Chwilę później w całym mieszkaniu słychać było „All or nothing at all.” 
-Alice? Wszystko gra?- zapytała Ingrid oparta o lodówkę, patrząc jak dziewczyna wiruje z kuchni do salonu. Brak odpowiedzi. Liam i Alex spojrzeli po sobie i wzruszyli ramionami. Alice w końcu wzięła laptopa powrotem do ręki.
- Zero reakcji! Myślałam, że ktoś się dołączy! – krzyknęła i zniknęła w swoim pokoju głośno trzaskając drzwiami.
- Pewnie okres. – skwitował Alex. Wszyscy wrócili do swoich zajęć. 


Kilka godzin później 
Ingrid nie mogła wstać,aby się spakować,a  samolot do Stockholmu był za 6 godzin. Tak naprawdę nie miała ochoty tam wracać, do swojej codziennej rutyny. Porannego wyprowadzania psa, spotkania ze znajomymi i nieustannie goniących ją terminów. Tutaj czuła się wolna, nic nie musiała. Mogła pić poranną kawę zarówno o 5 jak i o 12.
- Ingrid rusz to swoje tłuste dupsko! – popędził ją Aleksander.
- Boooże, czekaj chwile zbieram się! – odparła Ingrid, po czym powiedziała do siebie – mam ochotę porysować.
- O nie, nie, nie! Mam Ci przypomnieć ponownie o której masz samolot?
- Nie trzeba, sześć razy wystarczy.
Ingrid zwlekła się niechętnie z łóżka, usiadła na krześle przy oknie i przysunęła do siebie wielką walizkę. Wrzucała tam wszystkie swoje rozrzucone rzeczy w pokoju które były na odległość jej ręki.
- Matko boska, jak Ty to robisz?! Wstań, poskładaj i wrzuć a nie… - Alexander pokazał jej jak powinna poskładać swoje rzeczy a następnie włożyć.
- Jak ja Ciebie nienawidzę, znęcasz się nademną! – mruknęła.
- Ja tylko dbam o Ciebie, u mnie nazywają to miłością – roześmiał się.
                Alice siedziała w salonie z Liamem na zniszczonym tapczanie. Mężczyzna przysunął się do niej, delikatnie objąwszy ją w talii, nawet nie zauważyła kiedy ją pocałował.
- Co się z wami dzieje, dość tych amorów! – wrzasnął Alexander.
- Znalazła się cnotka! – zarumieniła się Alice, Liam poszedł w jej ślady jednak mocniej ją przytulił.
- Ingrid już się spakowała – wyszczerzył kły Alex, był z siebie dumny.
- Tooo… Zadzwońcie po taksówkę? – zaproponowała Alice, była zła o przerwanie tak wspaniałej chwili. Liam szepnął jej do ucha,że musi wyjść, pocałował raz jeszcze i zniknął na klatce schodowej.
                Trzy godziny później siedzieli w lotniskowej kawiarni popijając mrożoną kawę i nie przeszkadzało im, że jest koniec grudnia.
-To był dobry rok – rozmarzyła się Ingrid, po chwili poprawiła się – przynajmniej jego końcówka.
Alice chciała już coś odpowiedzieć ale z głośnika odezwał się głos
- OSOBY LECĄCE DO STOCKHOLMU PROSZONE SĄ NA SALE ODPRAW STANOWISKA  NUMER 3, DZIĘKUJEMY .
Ingrid rzuciła się na Alice i Alexandra mówiąc:
- Dziękuje wam za ten czas spędzony z wami, potrzebowałam tego! –   jej oczy zaszkliły się.
- Naprawdę nie musisz dziękować, to my musimy Tobie dziękować, że dotrzymałaś nam towarzystwa – uśmiechnęła się delikatnie Alice, oczy również jej się zaszkliły,  w końcu nienawidziła pożegnań,a s szczególnie z najlepszą przyjaciółką.
- Dupku! – Ingrid zwróciła się w stronę Alexandra – życzę Ci powodzenia, zapomnij o tamtym frajerze i zacznij szukać nowej, dobrej dupy! Prześlij mi potem jego zdjęcie, ocenie!
Alexander roześmiał się, mocno ją przytulił i pogładził po włosach, Ingrid rozryczała się całkowicie.
- Alice, uważaj na siebie! Mam nadzieje, że wyjdzie Ci z Liamem i że pani Brown będzie kiedyś normalna –szlochnęła i  rzuciła się jej mocno na szyje.
- Dobra to nie jest konkurs na to kto będzie głośniej szlochał i wyleje więcej łez, ogarnijcie się – Ingrid przyciągnęła ręką Alexa do grupowego uścisku aby się zamknął.
Ingrid poszła w stronę Sali odpraw ciągnąc za sobą wielką, czerwoną walizkę.
- Widzisz,Alex. Zostaliśmy sami. –westchnęła Alice.

sobota, 31 marca 2012

8.Magia świąt

Gabriela siedziała skulona na fotelu, zagryzając wargi z bólu. Chciała sięgnąć po strzykawkę ale postanowiła, że nie będzie nic brać w Wigilię. Jimmy siedział na kanapie, oglądając jakiś horror. "Kto puszcza w Wigilię horrory?!" przemknęło jej przez myśl.
W jednej ręce trzymał pilota, a w drugiej butelkę z piwem, o ile Gabriela dobrze policzyła, to już piątym tego wieczora. Od czasu do czasu zerkał na skuloną dziewczynę. Czekał, aż będzie mógł ściągnąć spodnie. Widziała krótko przystrzyżone włoski na jego karku, posklejane od potu. Ręka zaciskała się co jakiś czas na butelce, by zaraz się rozluźnić. Modelka dobrze znała tę dłoń, każde załamanie, każde wypuklenie i wklęsłość w kościach. Nie raz Jimmy podkładał jej tę rękę pod samą twarz z wielkim rozmachem. Skóra mężczyzny przybrała czerwonawy odcień - Gabriela domyśliła się, że alkohol w niego uderzył. Zaczęła rozważać, czy ma jeszcze na tyle czasu, żeby sobie władować; pijany Jim był najgorszym, czego doświadczyła.
- Ej, chono tu! – warknął Jim. Gabi zadrżała, widząc jak zwraca ku niej zmącony i rozgniewany wzrok. Z przystojnego fotografa nic mu nie zostało. Spocone czoło, tępy wyraz twarzy, zaczerwieniona skóra i pijackie ruchy.
Dziewczyna skuliła się w sobie. Strach, ból, osaczenie… sex? Ostatnia rzecz, na jaką miałaby ochotę.
- Mam ciee sam przyprowadzić? – Jimmy zaczął się wiercić na kanapie. Gabrieli nagle zrobiło sie niedobrze. Nie zważając na pijanego menedżera zerwała się z miejsca i pobiegła do toalety. Coś tu jest nie tak, pomyślała, zasuwając zamek. Usłyszała zwykłe „Dziwko!” i odgłos spadającej butelki. Ręce jej się trzęsły. Klęknęła przed muszlą by zwymiotować. Skąd u mnie tak silne mdłości? Nagle ścisnęło ją w dołku. Zwymiotowała drugi raz, napinając wszystkie mięśnie. Dysząc ciężko zastanawiała się nad najgorszą z możliwych wersji. Kurwa, myślała, to niemożliwe. Ścisnęła dłońmi sedes. Jest szansa, że o tej porze będzie gdzieś otwarta apteka? Cokolwiek, byleby się stąd wyrwać.
Umyła twarz ze śliny i kucnęła by zobaczyć, czy Jim stoi pod drzwiami. Nie było go w zasięgu wzroku. Mam tylko jedną szansę. Ustawiła ręce na klamce i zamku i policzyła do trzech. Wyskoczyła z łazienki, porwała płaszcz i wybiegła z domu. Kątem oka zobaczyła Jimmiego wyłożonego na kanapie. Był do niej tyłem, z nogami rozwalonymi w dwie przeciwne strony świata. Może walił konia. Może umarł. Nie miałaby nic przeciwko temu.
Stanęła na rogu Zandstraat i Klovenssburwal machając zapamiętale na taksówkę.W końcu stanął zielony opel, wskoczyła do niego szybko. Na szczęście znalazła w kieszeni płaszcza portfel.
- Orientuje się pan może, czy o tej porze jest jeszcze gdzieś otwarta apteka?- wydyszała. Kierowca potaknął ze zdziwieniem. Jechali w milczeniu, zatopieni we własnych myślach. Modelka rozważała możliwość, czy mogła zajść w ciążę, a kierowca zastanawiał się, co tak piękna kobieta chce o tej porze, w samiuśką Wigilię, kupić w aptece. Co chwila zerkał na nią w lusterku. Gdy dojechali, modelka szybko wyskoczyla z samochodu.
- Wesolych Swiat- szepnal kierowca.


Mrs. Brown przysunęła sie do stołu, przy którym siedziała jej młodsza córka z mężem i dwójką dzieci. Krytycznym wzrokiem ogarnęła swój talerz i lekko się skrzywiła.
- Czy ten indyk jest dopieczony, moja droga Harriet ? - burknęła.
Harriet niechętnie przytaknęła, przewracając oczami. Starsza pani pokroiła swoją porcję na malutkie kawałeczki po czym delikatnie wzięła jeden do ust. Żuła chwilę w milczeniu.
- Nie dodałaś tymianku.
Dzieci - czternastoletni Tony i siedemnastoletnia Mary- popatrzyły po sobie znacząco i zachichotały. Babcia była okropna. Harriet zacisnęła mocno powieki. Tylko jej mąż, Jack, nie zwracał na to wszystko uwagi. Siedział, czytając gazetę. On i teściowa już dawno przeszli etap kłótni i teraz w swojej obecności byli tylko zimni i milczący. Babcia jednak dopiero się rozkręcała.
- Co jest na deser? Znów ta paskudna szarlotka? Nie cierpię tej twojej szarlotki. - skrzeknęła mrs. Brown po podaniu kawy – W tej rodzinie, zdaje się, że tylko ja umiem piec. Robisz za gumowate ciasto, a masa nie jest wystarczająco słodka.
Mary upuściła głośno widelec. Zawsze wszystkim smakowała szarlotka jej mamy.
- Rzecz jasna, nie musisz jej jeść. – odpowiedziała lodowato Harriet.
- Powiedz mi, czemu nie ma tu Edwarda i Margaret? – zaoponowała staruszka, odsuwając od siebie nietknięty kawałek ciasta. Harriet trudno już było nad sobą zapanować.
- A czemu nie zaproponowałaś Liamowi przyjazdu tutaj? Wiesz, że spędza święta sam!
Jack głośno przewrócił stronę gazety, jednak jego subtelny gest nie był już w stanie przerwać awantury. Dzieci wodziły z rozdziawionymi ustami wzrokiem od matki do babci.
- Mógłby sobie znaleźć żonę. Ktoś musi pilnować domu!
Harriet uniosła się na krześle.
- Jak tak dalej pójdzie, mamo, niedługo będę musiała cię wyprosić!
- Własną matkę wyrzucisz z domu, tak? Boże za jakie grzechy wychowałam sobie takie dziecko!
- Jesteś potworem! – Harriet zadławiła się złami.
- Wiecie co, ja wychodzę. – odezwał się nagle Jack, trzaskając gazetą o stół.
– Wesołych Świąt.


- Wesołych świąt! – powiedział Alexander do Alice, Ingrid i Liama.
- Wesołych świąt – odpowiedzieli chórem.
Na stole „wigilijnym” był piętrzyły się w połowie puste pudełka po pizzy, puszki i butelki po piwie. Jedna z puszek zmieniła zastosowanie i stała się popielniczką, z której wylatywały niedopałki papierosów. W tle leciała właśnie Giulia y Los Tellarini „Barcelona”.
- Wyjedźmy do Barcelony, nigdy tam nie byłam – powiedziała Alice, odchylając do tyłu głowę – moja matka tam studiowała.
- Pojedziemy, nie bój się… Kiedy tylko będziemy bogaci, ale nie tak piękni jak teraz – roześmiał się Alexander. Liam podrapał się po brzuchu.
- Barcelona powiadacie? Piękne miasto, mieszkałem tam przez rok.
Rozmowa zeszła na podróże Liama, miał niespełna 28 lat a zwiedził kawał świata. Był na misji humanitarnej w Afryce, mieszkał przez parę tygodni w Japonii, studiował fotografię w Nowym Jorku i zwiedził autostopem Europę, łapiąc przy tym każdą robotę, jaka się nawinęła. Począwszy od zbierania truskawek skończywszy na malowaniu budynków. Jego rodzina żywiła do niego niechęć, ponieważ złamał rodzinną tradycję – nie ukończył studiów medycznych. Wolał poznać świat i życie, wiedzieć kim jest i czego oczekuje od świata.
Całą noc rozmawiali o swoich marzeniach – o tym jak to Alice chce zacząć kręcić filmy, Ingrid narysować komiks, który nie będzie płytki i komercyjny, a które, z braku pieniędzy, musiała rysować, Alexander który chce współpracować z największymi domami mody i Liam który marzy o małym domku, gdzieś w ciepłym kraju z dala od rodziny.
Zanim się obejrzeli Pierwszy Dzień Świąt zastał ich wśród brudnych naczyń, dymu papierosowego i smrodu stworzonego z mieszaniny wszystkich pizz, jakie można było dostać w Wigilię w pizzerii. Niebo miało kolor wody z wykręconej ściery, którą ktoś długo wycierał podłogę. Puszysty śnieg zmienił się w brunatną pluchę.

Gerard siedział na fotelu i rozkoszował się widokiem Paryża zimą. Ulice pięknie udekorowane, całe miasto przykryte cienką warstwą śniegu. W jeden ręce trzymał butelkę wina, w drugiej zapalonego papierosa. Cały dzień spędził z rodziną, a musiał to zrobić, bo inaczej zjedliby go żywcem. Sztuczne uśmiechy, życzenia i rozmowy przy wigilijnym stole, setki euro wydane na prezenty które i tak wylądują wkrótce na dnie szafy lub na Ebayu. Nie miał już siły roztrząsać sensu tego wszystkiego.

piątek, 23 marca 2012

7. Znów nie mogę spać.

Za dwa dni wigilia, Gerard wyjechał do Francji parę dni temu, do rodziny. Miał pisać, dzwonić – nie pisał, ani nie dzwonił. Alexander tłumaczył sobie to na miliard sposobów, że nie ma dostępu do telefonu ani Internetu, że świąteczne przygotowania ogarnęły go całkowicie i nie ma jak. Ale na pewno myśli o nim. Jego, Alice i Ingrid święta zaczęły po prostu przytłaczać. Świąteczne wystawy w witrynach sklepów, przesadnię udekorowane miasto i „last christmas” puszczane na okrągło na wszystkich stacjach radiowych.
Co robimy? – zapytała Alice siedzących przy stole Alexa i Ingrid. Zapaliła papierosa i wzięła łyk czerwonego wina nalanego do lekko nadtłuczonego kieliszka.
- Tradycyjną polską kolację? Mam gdzieś dwie książki z przepisami kuchni polskiej, dostałem kiedyś –zasugerował Alexander, jego kieliszek nie był nadtłuczony ale już pusty.
- A może bądźmy ekstrawagancki i zróbmy coś nowego, wybijmy się z tej monotonii! – rzuciła Ingrid.
- Kebaby? – zaśmiał się Alexander.
- Nie, nie kebaby. Może… Kurwa, nikt z nas nie wierzy a chcemy robić jakąś durną wigilię… - burknęła Alice i zaciągał się papierosem, kosmyki włosów opadły jej na czoło.
- W sumie racja… Ale fajnie jest się porządnie najeść raz na jakiś czas – rozmarzył się Alexander.
- Proponuje wina, makarony i dobrą muzykę – rzuciła Ingrid, dolała wszystkim wino do kieliszka.
W ciągu tej nocy wypili trzy butelki wina, siedzieli do czwartej rano i rozmawiali. Wybór menu na ten ‘wspaniały’ dzień był drobnostką w porównaniu z kolejnymi tematami, starali się zdefiniować najważniejsze i najtrudniejsze pojęcia, które są wszystkim bliskie: przyjaźń, miłość, rodzina, szczęście i wiele, wiele więcej.
Następnego ranka Alice obudziła się w pustym mieszkaniu, na drzwiach lodówki przypięta była małą, żółta karteczka: „ Kochana Alice, wybraliśmy się na małe zakupy! Alexander i Ingrid”. Rozsiadła się na sofie, nogi wyłożyła na oparcie. Wpatrywała się w sufit i rozmyślała. Zastanawiała się co będzie jak przyjedzie jej matka, czy będą się kłócić. Spostrzegła, że wszyscy są dookoła są lekko przygnębieni – magia świąt? Czekała aż Amsterdam rozkwitnie. Za parę miesięcy przyjeżdża jej ciotka, musza oddać mieszkanie… Zakochali się z Alexem w tym mieście, może później… Moskwa?
Alice natychmiast otrzeźwiała. Nie lubiła myśleć o swojej przyszłości.
- Carpe diem. - mruknęła do siebie i włączyła computer.
Postanowiła poszukać ciekawego lokalu, gdzie mogłaby tanio jeść po pracy. Chwilę potem do mieszkania weszli, śmiejąc się w głos, Alex i Ingrid z siatkami pełnymi zakupów. Położyli je na stole, Ingrid opowiadała z entuzjazmem chłopakowi o ukochanym swoim profesorze od rysunku. Alexander spojrzał nagle ze zdziwieniem na zegarek a potem na Ingrid.
- Alice! – krzyknął radośnie chłopak, susząc zęby na myśl o reakcji przyjaciółki. - Nie chce nic mówić, ale zdaje się, że za 15 minut masz być u Mrs. Brown…
Alice wypluła powrotem do kubka kawę, którą miała w ustach i zerwała się na równe nogi.
- Fuck fuck fuck – syczała, rzucając się do szafy po zimową kurtkę. Następnie niemalże przefrunęła po torbę do pokoju. Przyjaciele patrzyli zafascynowani na Alice – normalnie osoba, która jest opanowana w każdej sytuacji, dostaje zadyszki od gwałtownego nabierania powietrza przy wychodzeniu do pracy.
- Fuck fuck fuck... – powtarzała, zakładając czarne Conversy. - Spóźnię SIĘ !
- Jedź rowerem. - zaproponowała jej Ingrid, świetnie się bawiąc.
- FUUUUUUCK! - wrzasnęła raz jeszcze Al, trzaskając drzwiami. Nagle zaległa cisza, słychać było tylko dudnienie butów dziewczyny po schodach.
- ...Ale nie wiem, czy to dobry pomysł jechać w trampkach przy minus dziesięciu stopniach. – powiedziała Ingrid, zabrawszy się do układania grejpfrutów w koszyczku na stole.

Alice dokładnie minutę po dziesiątej nacisnęła przycisk dzwonka.
Ku jej zdziwieniu, drzwi otworzyły się niemal natychmiast. Przed Alice stanął wysoki blondyn w garniturze. Na widok Alice znieruchomiał.
- Ooo... Miałem właśnie zadzwonić... – zaczął, czerwieniąc się.
Alice zdziwiła obecność wnuka pani Brown; w jej głowie zaroiło się nagle od czarnych myśli. Co też mogło przydarzyć się staruszce?
- Pan musi być wnukiem... – Al Zaczęła przyglądać się mężczyźnie.
Liam uśmiechnął się i gestem zaprosił ją do środka.
- Tak... Liam Brown... - potwierdził pomagając ściągnąć jej płaszcz. Miał duże, szczupłe, zręczne dłonie o giętkich palcach. Alice od razu zwróciła na nie uwagę.
- Moja babcia...
Dziewczyna wstrzymała oddech.
-… zażyczyła sobie aby natychmiast wyjechać do Anglii. Ja pilnuję jej domu.
Uśmiechnął się zachęcająco. W jego policzkach pojawiły się leciutkie wgłębienia, a oczy obrosły w maleńkie zmarszczki. Alice nie mogła oderwać wzroku od jego błękitnych tęczówek. „Co ja robie? Zapytała samą siebie. Włażę do domu pod nieobecność mojej pracodawczyni i zachwycam się oczami jej wnuka, na dodatek czuję, że szybko stąd nie wyjdę.” Nagle uśmiechnęła się promiennie i zaczęła śmiać, widząc napięcie na twarzy Liama. Mężczyzna również się roześmiał, obydwoje jakimś trafem pomyśleli o tym samym. Lądując na kanapie Liam zapytał:
- Pije pani Whisky, pani Reyes ? – Dziewczyna lekko zmarszczyła brwi, zdaje się że Liazm został uprzedzony, że tutaj przyjdzie.
- Alice. - podała mu rękę. - Tak będzie lepiej.
Nie minęła godzina,gdy oboje radośnie gawędzili. Butelka już opróżniała. W pewnym momencie Alice zapytała Liama :
- I co ? Będziesz tak sam siedział w święta?
Mężczyzna w moment posmutniał. Zdał sobie sprawę,że w wigilię będzie samotnie oglądał Titanica albo grał w Xboxa, bo raczej nie miał z kim spędzić świąt. Jego przyjaciele mają tradycję wyjeżdżania do luksusowych hoteli,tak samo jak rodzice. Babcia nawet nie pomyślała o nim. Schylił głowę wpatrując się w swoje buty. Alice wyczuła,że trafiła e jego czuły punkt.
- Przepraszam...-szepnęła, delikatnie obejmując go w pasie, naprawdę wzbudził jej sympatię. Nagle do głowy przyszedł jej genialny pomysł.- Liam! Chodź na wigilię do nas!

czwartek, 22 marca 2012

To nie jest schizofrenia! Czyli odcinek specjalny pt. 2

Pomysł na spędzenie życia pojawił się, tak naprawdę, gdy zdałam maturę. Wiedziałam, że ojciec mnie wydziedziczy, gdy obwieszczę mu, że zamierzam zając się reżyserią. No ale przecież nie mogłam długo udawać, że nie wiem, co będę robić; i w końcu nadszedł taki moment, gdy ze łzami w oczach słuchałam jak mój tata mówi mi, że zawiódł się na mnie, że nie myślał, że upadnę tak nisko i że wstyd przyznać się nawet przed rodziną. W wyciągniętym sweterku wyglądał tak żałośnie, swojsko i… kochanie. Patrząc na tego pomarszczonego, srogiego pana w starszym wieku, w okularach na wydatnym nosie, zsuwających się co chwila na jego czubek, rozczuliłam się, i zamiast wygłosić chamskie i pełne wyniosłości przemówienie na temat, czyim życiem tak naprawdę ojciec żyje – swoim, czy moim, powiedziałam tylko, że bez względu na to, co o mnie sądzi ja i tak będę go kochać. Na koniec wyszłam i zaczęłam pakować swoje rzeczy, ale następnego dnia ojciec przyszedł do mnie i przeprosił. Powiedział wtedy najpiękniejsze słowa jakie kiedykolwiek słyszałam, żeby padły z jego ust: „Cokolwiek zrobisz, będę ci pomagał.”
Dlaczego wybrałam reżyserię? Tak naprawdę obudziłam się pewnego poranka i stwierdziłam, zapewne podczas porannego papierosa, że już wiem, co chcę robić w życiu. Wiem, że nie wspominałam, że mam w sobie jakąś drugą mnie, która wszystko wie, i czasami zdradza mi, co myśli. Dlatego mój ranek trwa tak długo – czekam w skupieniu, już od lat, aż ten silny głos, przebijający się poprzez chaotyczne i leniwe poranne myśli, znów przemówi. Nigdy się nie pomylił, zawsze jego propozycje są właściwe. Niektórzy nazwali by to intuicją, ale ja czuję, że to coś więcej niż tylko szósty zmysł. Według mnie po prostu jestem świrnięta.
Kochałam kręcić swoje własne filmy. Od najmłodszych lat interesowałam się aktorstwem, kinem. W szkole podstawowej reżyserowałam nawet szkolnego Hamleta.
Jak to zwykle w życiu bywa, gdy na jednym froncie wygrywasz, i powodzi ci się świetnie, inny front całkowicie się wali. Po zdaniu matury, moja przyjaciółka, Ingrid, postanowiła wrócić do swojego ojczystego kraju – Szwecji, na studia artystyczne. Mimo, iż cieszyłam się jej szczęściem, i życzyłam jej jak tylko się da najlepiej, to pamiętam ten dudniący ból w klatce piersiowej i niepewność o kolejny dzień, kiedy żegnałam ją na lotnisku. Od tego dnia wiele się zmieniło. Nauczyłyśmy się utrzymywać naszą przyjaźń na odległość.
A jak mi szło z miłością? Nie wiem, czy to, co czułam do Charliego było miłością. Charlie i ja mieliśmy milion wspólnych zainteresowań, mogliśmy rozmawiać godzinami, nasz związek był tak idealny, że aż się chciało rzygać. Dziś utrzymujemy koleżeńskie kontakty, ale wiem, że Charlie nigdy więcej nie pozwoliłby mi zbliżyć sie do siebie. Tak więc życiowy epizod dotyczący miłości też skopałam.
Wyprowadziłam się z domu zaraz po zakończeniu studiów. Wynajęliśmy z Alexem małe, przytulne mieszkanko i w bólach uczyliśmy się żyć całkowicie samodzielnie. Ja z kamerą u boku, Alexander wiecznie z książkami, ryjąc historię sztuki na pamięć. To uczucie wolności po skończeniu studiów towarzyszyło mi jeszcze przez pewien czas, dopóki nie zrozumiałam, że właściwie stanęłam w martwym punkcie. Dzień za dniem czekałam na poranek, który da mi objawienie – idź tam i tam. Zrób to i to. Alex studiował, ja czekałam. Wszyscy nasi znajomi układali sobie powoli życie w spójną historię. Tylko ja byłam martwa. Dużo czytałam w tamtym okresie, przesłuchałam całe tony płyt i płaciłam niebotyczne sumy za długie rozmowy z Ingrid przez telefon. Już zaczynałam tracić nadzieję, że cokolwiek się zmieni, aż pewnego ranka przez głowę przemknęła mi myśl – wyjedź. Czekałam dalej z zapartym tchem ale mój wewnętrzny głos już się nie odezwał. Wyjazd zmieniał totalnie wszystko. Czułam, że to będzie piękne i dziwne miejsce, że tam odnajdę wreszcie wszystko, czego nie udało mi się znaleźć tutaj. No i wreszcie zdecydowałam. A raczej zdecydowałyśmy: ja i to drugie, wszechwiedzące ja. Więc… Hallo, Mr. Amsterdam.

poniedziałek, 19 marca 2012

Porque ? Czyli odcinek specjalny pt. 1

Dokładnie wiem, co znaczy, gdy rodzic nie umie zachować proporcji w wychowaniu dziecka. Mój ojciec zawsze oczekiwał ode mnie rzeczy, których nie potrafiłam mu dać. Kiedy tylko zauważył, że mam genialną pamięć, postanowił wychować mnie na swoją następczynię; chciał, abym była prawnikiem i, tak jak on, służyła społeczeństwu. Matka żyjąca w cieniu ojca tylko mu przytakiwała, nie zabierając głosu i nie wtrącając się w żelazne, ojcowskie wychowanie. Wkładała wszystkie swoje siły, żeby utrzymać dom w sterylnych niemalże warunkach czystości. Była nienaganną gospodynią, zawsze stawiającą się posłusznie na wezwanie męża. Co ciekawe, ojciec nigdy nie zastosował wobec niej przemocy, więc doszłam do wniosku, że moja matka po prostu chciała być służącą. Jedyne, co ją interesowało, i do czego dążyła z niezmiennym przez lata uporem, to pragnienie, by jej dzieci mówiły płynnie po hiszpańsku w jej obecności. Nie mieliśmy z bratem żadnego wyboru, ojciec bezgłośnie popierał matkę, lub po prostu mało go to obchodziło. I tak, zatrzaśnięci pomiędzy obojętnością a terrorem, kryliśmy się na przemian w gabinecie ojca, udając, że się uczymy, lub lecieliśmy do kuchni w panicznym strachu, nawijając przy tym po hiszpańsku, jak najęci, w zależności od tego, kogo z rodziców chcieliśmy akurat unikać.
Dla ojca największą świętością była nauka. Mój tatuś nie radził sobie ze świadomością, że mogłabym mieć jakąś inną ocenę niż A. Ryłam non stop i obgryzałam paznokcie przed każdym testem, a gdy otrzymany stopień nie był tym, którego oczekiwałam, trzęsłam się ze strachu na myśl, że musze stanąć przed ojcem i powiedzieć mu, że go zawiodłam. Z nawiązaniem jakichkolwiek kontaktów było mi ciężko, klasa mnie wyraźnie odrzuciła, nie miałam nikogo, z kim mogłabym porozmawiać. Szacunkiem darzyli mnie tylko nauczyciele, jak każdego prymusa. Z wiekiem, który popchnął moje ciało ku dojrzewaniu psychicznemu i cielesnemu, poznałam korzyści wynikające z umiejętności kłamania. Od tej pory zaczęłam powolutku, pleść sieć kłamstw dla ojca, matki, nawet dla brata. Planowałam dokładnie każde kłamstwo, próbując przewidzieć reakcję rodziców. Przestałam się uczyć w gabinecie taty, tłumacząc, że brat co chwila mnie rozprasza, a ja potrzebuję się skupić.
Skończyłam szkołę podstawą i zostałam przez ojca wysłana do najlepszej szkoły średniej. Dopiero tam odżyłam, zaczęłam interesować się tym, czym dziewczyny w moim wieku się interesowały. Jednak nadal nie miałam przyjaciół, oprócz Ingrid, tak samo jak ja była odizolowana od społeczeństwa, aż do dnia, w którym poznałam Alexandra. Wzbudził, głęboko we mnie skrywane pragnienie wolności i niezależności, i wtedy zaczęłam stawiać się ojcu, przez to w domu było piekło. Codzienne awantury o to, co zrobię ze swoim życiem wyrobiły mi ostry język i niezwykłą błyskotliwość i szybkość reakcji, a także nauczyłam się wyłączać kiedy to było konieczne. Ojciec stracił już w pewnym momencie wszystkie siły, kierując nadzieje w stronę swojego drugiego, mniej zdolnego dziecka.
Nie trzeba było długiego okresu czasu, żeby Alexander wiedział o mnie więcej niż moi rodzice. Miał swój własny sposób patrzenia na świat i palił jak smok. Jego wygląd i charakterystyczny sposób bycia wzbudzały we mnie słuszne przypuszczenia, że jest homoseksualistą. Dzięki jego osobie zaczęłam otwierać przetarte tylko, do tej pory, oczy.

niedziela, 4 marca 2012

6. Nędza, szyderstwo i papieros.

- Hola, mama… - Alice jedną ręką odebrała telefon, a drugą podała Ingrid patelnię, do której mocno przywarła jajecznica. Zapach spalenizny szybko rozprzestrzenił się po całej kuchni. Ingrid popatrzyła tylko z niesmakiem na ciemnożółtą papkę i ceremonialnym ruchem wyrzuciła ją do kosza. Kompletny brak wyczucia co do gotowania był tak zakorzeniony w Alice, że nawet zrobienie jajecznicy wymagało pomocy osób trzecich.
- Como hay ? – Alice mechanicznie przeszła do salonu i zaczęła nerwowo chodzić dookoła foteli. Nienawidziła mówić po hiszpańsku przy znajomych. Sama nie wiedziała, co jest złego w używaniu ojczystej mowy w rozmowie z matką, której bardzo zależało na ćwiczeniu ojczystego języka, i nawet fakt, że Alice nie miała obywatelstwa argentyńskiego, a w samej Argentynie była trzy razy, nie przemawiało na jej korzyść. Nie przyjmowała żadnych wymówek, ze swoją córką rozmawiała tylko po hiszpańsku. Ingrid zaczęła głośno zeskrobywać przypalone jajka z patelni, zerkając przy tym na stopień irytacji przyjaciółki. Alice usiadła na kanapie i, rzuciwszy dziewczynie zmęczone spojrzenie, zatopiła się w rozmyślaniach. Zbliżał się kolejny problem. Ingrid wytarła ręce ścierką i próbowała odczytać coś z twarzy Alice.
- Sí... Aceptar... Entiendo… Amsterdam es una ciudad hermosa.
Alice mechanicznie otwierała usta, jakby umiejętność mówienia była tak prosta dla jej organizmu, jak mruganie. Lekko wymusiła na matce koniec rozmowy.
Mamita… estoy muy ocupado, pero ven! Estoy deseando! Te Amo. - Ingrid siedziała przy stole z głową opartą o dłonie. Wiedziała o co chodzi.
- Naprawdę chcesz, żeby tu przyjechała?
Alice odłożyła telefon i wyjęła papierosa z paczki na stole.
- Kiedyś musi. – westchnęła.
- Usmażę ci jajecznicę.
W tym momencie usłyszały jak otwierają się drzwi pokoju Alexa i ktoś drepcze w ich stronę. Do salonu wszedł wysoki i chudy, jak przecinek, chłopak, w samych tylko slipkach, sennie przecierając oczy. Popatrzył na dziewczyny i zastygł w bezruchu. Jedna siedziała na kanapie z papierosem w dłoni, druga stała na środku kuchni i patrzyła na niego nieprzytomnym wzrokiem. Cisza trwała może półtorej sekundy, ale wydawała się wiecznością. Chłopak rozciągnął jeden kącik ust i znikł w korytarzu.
- Ej, widziały mnie. – szepnął podniecony do leżącego na brzuchu Alexandra, który odwrócił do niego głowę.
-To coś złego, Gerard ? – uśmiechnął się i cmoknął w jego stronę – Muszą cię w końcu poznać i dowiedzieć się o naszym planie. – powiedział lekko zachrypniętym od spania głosem.
- Ubieraj się w takim razie! Drugi raz już tam nie wejdę sam! – Gerard uśmiechnął się szeroko i jednym ruchem ściągnął kołdrę z Alexa.
-Witaj,Alexander. – mruknęła jego współlokatorka
- Alice, słoneczko moje, jak się spało? - zapytał Alex, oparł się o framugę drzwi – zrób mi kawę, proszę ładnie.
- Raczej jak WAM się spało, co? – uśmiechnęła się delikatnie, podeszła do kredensu i zaczęła dosypywać granulową kawę do białego, dużego kubka z flagą Wielkiej Brytanii.
- Och nic nie słyszałaś, prawda?
- Nie, włączyłam od razu dubstepa, słuchałam go tak ze dwie lub trzy godziny nim skończyliście –dolała wrzątek do kubka
Alex usiadł przy dużym, masywnym, dębowym stole stojący na środku kuchnio-salono-jadalnio-palarni na białym krześle z ikei, wyciągnął papierosa i zapalił. Do pokoju weszła zaspana Ingrid w długiej, do kolan koszuli nocnej a na niej markowy, czarny kardigan z złotymi guzikami a za nią Gerard ubrany już w swoje ciuchy. Wszyscy siedzieli przy stole i palili swoje ‘śniadanie’. Rzadko kiedy Alex i Alec jedli śniadanie w Amsterdami, zazwyczaj starczały im dwa-trzy papierosy rano i kawa. Dopiero później siadali w jakieś kawiarni i pili doleją kawę z croissantem. Alex przerwał rozmowę toczącą się o wyższości domu mody McQueen nad Jackobsem toczącą się między Alice a Gerardem, Alice stała murem za nieżyjącym McQueen’em.
- Chyba zwalniam się z pracy.
- Co?! – powiedzieli jednocześnie Alice, Ingrid i Gerard.
- No zwalniam, napisałem już wymówienie.
Niecałą godzinę później Gerard wybiegł z ich mieszkania, spóźniony już do pracy, Ingrid i Alice poszły na zakupy w celu znalezienia jakieś sukienki którą Ingrid mogłaby założyć na wieczór autorski swojej przyjaciółki po powrocie do Sztokholmu a Alexander przeglądał jakąś beznadzieją książkę którą znalazł w wciąż nierozpakowanym pudle w koncie pokoju.
Była już trzynasta, Alexander stał przed Pubem. Wziął sobie wcześniej wolne, nie chciał oglądać parszywej gęby Kurta. Wziął głęboki oddech i popchał szklane drzwi dzielące ruchliwą ulicę Amsterdamu od tego cholernego pubu.
- Alexander! Nareszcie, wyzdrowiałeś? Tęskniłem za Tob.. To znaczy My tęskniliśmy za Tobą! – przywitał go na wejściu Kurt ubrany w zapewne drogi garnitur.
- Szkoda, że ja tak nie tęskniłem za Tobą jak ty za mną – tymi słowami stworzył niewidzialną barierę pomiędzy nim a Kurtem.
- Jeszcze się przekonasz jak za mną tęskniłeś – na jego twarzy pojawił się diabelski uśmiech.
- Jednak nie, odchodzę.
- Co?! Chyba sobie żartujesz, teraz? Teraz, kiedy będzie fala turystów? – Kurt zbladł, uśmiech zszedł mu z twarzy.
- Tak, to moja rezygnacja – wcisnął do jego ręki kartkę z wymówieniem którą nabazgrał wczoraj wieczorem.
- Ja jednak nie zniknę, zbyt mi się podobasz. Teraz po prostu będziemy widywali się rzadziej – powiedział Kurt, jednak Alex nie usłyszał tego bo wyszedł z Pubu.
Alexander czuł się wolny, jednak nie miały pracy. Te 500 euro które przesłała mu mama i babcia nie mogły na długo starczyć. Może wyżyłby za nie maksymalnie trzy, cztery tygodnie. A potem? Wyobraził sobie scenę; on i Alice siedzieli ubrani w stare, zniszczone, brudne i niemodne ciuchy w ich salono-kuchnio-jadalnio-palarni. Na kuchence gazowej leżał stary, brudny, emaliowany garnek a w nim gotowała się zupa. Składała się z sam nie wie czego i podobnie się nazywała. Alice wzięła z lodówki resztki jedzenia, pokroiła i wrzuciła, dziwnie bulgotała co sprawiało uczucie niepokoju i jeszcze większej nędzy. Siedzieli cicho, kiedy Alice powiedziała:
‘Alex nie mamy już papierosów…’
Ta okropna myśl szybko zniknęła kiedy Alexander kupił gazetę codzienną, przerzucił na stronę z ofertami pracy i zaczął podkreślać na ulicy, oparty o mur jakieś kamienicy oferty pracy które mogły go interesować. Co on mógł robić po historii sztuki i licznych kursach projektowania mody? Mógł malować, szyć ale nie zbijałby na tym kokosów – wcześniej też nie zbijał ale łączyć jego pensję i pensję Alice, sprawiało, że należeli do klasy średniej pozwalającej sobie raz na jakiś czas na odrobinę luksusu. Praca opiekuna kamienicy nie interesowała go, sprzedawcy w hipermarkecie tym bardziej. Nagle jego oczą rzucił mu się napis „muzeum sztuki Van Gogha szuka wszechstronnej i energicznej osoby, wymagane studia historii sztuki”.
- Pierdzielić kasę, to van Gogh!


Przepraszamy,że tak długo nic się nie pojawiało. Trochę mieliśmy problemów,ale teraz jest ok, już wszystko będzie grać. Alice.
Tak nawiasem to założyliśmy fanpage : Hello, mr.Amsterdam zachęcam do lajkowania.

wtorek, 14 lutego 2012

5. Mamy Cię !

Przez całe lata, noc w noc, Alexander wracał sam do swojego mieszkania w Londynie, potem w Liverpoolu, a teraz - w Amsterdamie. Mimo, że ludzie chcieli z nim przebywać, i teoretycznie nie mógł narzekać na brak towarzystwa, czuł się samotnie. Tej nocy pierwszy raz od bardzo dawna czuł ciepło w sercu, pomimo, że temperatura drastycznie spadła; było -15 stopni, śnieg otulił delikatną pierzynką chodniki i dachy miasta. Alexander zapisał w pamięci datę – szóstego grudnia wracał do domu z Gerardem.
Gerard trzymał Alexa za rękę. Tyle wystarczyło do zdobycia jego serca; nieśmiały, delikatny i nieco niezgrabny pocałunek przypieczętował tylko nieuniknione. Ich ruchy pełne były pożądania i namiętności, a jednocześnie tak niewinne jeszcze, świeże. Wydawało im się jakby pocałunek złożony na ustach partnera był tym pierwszym, chodź na pewno nie w wypadku Alexandra, który musiał przedrzeć się przez masę dupków, aby poczuć to, co czuł teraz.
- Gerard… To tutaj, moje mieszkanie – powiedział Alexander, wciąż trzymając go mocno za rękę, wpatrywał się w jego twarz, jakby podziwiał najwspanialsze dzieło sztuki.
- Już? - Gerard wydawał się być zmartwiony - Która właściwie jest? - spojrzał na zegarek, było jedenaście po drugiej. Nie mógł uwierzyć, że wieczór minął tak szybko.
- Dziękuje za dzisiaj… - szepnął Alex, muskając ustami delikatnie policzek partnera.
Odwrócił się i sięgnął do klamki masywnych, dwu i pół metrowych drzwi do klatki schodowej, gdy Gerard złapał do za ramię, odwrócił brutalnie do siebie, mocno objął i pocałował. Stali w tej pozie przez kolejne 15 minut. Wszystko inne straciło znaczenie przez ten moment.
- Mój numer, zadzwoń! – wydyszał Gerard, wciskając w pięść partnera karteczkę.
- Zadzwonię, nie masz o co się martwić – uśmiechnął się Alex, i uwolniwszy się z jego objęć, wszedł do klatki.


Alice otworzyła spuchnięte oczy. Światło poranka prześwitywało nachalnie przez zasłony. Spróbowała wstać, koszmarny ból głowy ćmił jej w oczach. Była jedynie w bieliźnie, tuż obok niej leżała Rachel. Alice mogła się jej przyjrzeć w pełnym świetle. Brązowe kosmyki włosów otulały delikatną, okrągłą twarz. Rozmazany makijaż uwydatniał wypukłe kości policzkowe. Alice spostrzegła, że księżniczka zmieniła się w kopciuszka. Brunetka była przeciętna, niczym właściwie się nie wyróżniała. Skrzywiła się lekko. Po co tyle wypiłam…?!
- Och, hej słodka – zamruczała Rachel zachrypniętym głosem, przewróciła się na bok i rozciągnęła swoje suche ciało. Okrągły brzuch wznosił się spomiędzy kości kulszowych miednicy, malinki wokół jej szyi napuchły, usta spierzchły.
- Emmm… cześć R-rachel – Alice wstała z łóżka i jednym ruchem nałożyła na siebie szlafrok.
- Och, rewelacyjnie, było świetnie! – Rachel rozrzuciła kończyny na całym łóżku.
- Cieszę się, że ci się podobało… - Alice nagle poczuła obrzydzenie do obcej dziewczyny. -Kawa! Na pewno marzysz teraz o kawie. – pośpiesznie wyszła z pokoju, nie czekając na reakcję.
Rozmyślając nad swoją głupotą robiła kawę. Dźwięk kubków agresywnie stawianych na blacie, ranił jej uczy. Kurrwa już nigdy więcej nie dotknę alkoholu, NIGDY! Zwiotczałe mięśnie nie potrafiły utrzymać sztywno czajnika z wodą, ból rozsadzał czaszkę. Związała splątane włosy gumką, spuściła jedynie parę kosmyków na czoło. Włączyła stare radio znajdujące się na białej komodzie, które przywieźli jeszcze z Liverpoolu– właśnie leciało „born to die”, podkręciła głośność. Do kuchni wesołym krokiem wszedł Alex w samych bokserkach.
- Siemanko…
- ALEXANDER WYJDŹ! – krzyknęła Alice, rzucając w niego łyżeczką do herbaty.
- Kurwa, o co ci cho… - spojrzał na swoje bokserki - poranny wzwód jeszcze mu nie minął.
Wyszedł zamaszystym krokiem z kuchni i wrócił, ubrany z czarne, wytarte rurki i biały t-shirt. Po drodze wziął łyżeczkę i postawił na blacie. Alice w tym czasie przeniosła się na balkon. Chyba wczoraj przesadziła, pomyślał, rzadko bywała wściekła. Powycierał rozlany wrzątek z blatu i wziął swoja kawę, podążając za przyjaciółką.
Alice oparła się o balustradę i patrzyła na Amsterdam. Alex postawił kubek na plastikowym stoliku i przyjrzał się dziewczynie.
- Pozbądź się jej stąd… proszę. – jej usta były zaciśnięte w cienką kreskę.
- Czyli nie muszę pytać, jak było – powiedział żartobliwie i poklepał ją delikatnie po ramieniu. Alice nawet nie drgnęła. – Dooobra, wyproszę ją.
Zniknął na chwilę w drzwiach balkonowych.
Nie minęły trzy minuty gdy z pokoju wyleciała rozwścieczona Rachel, ubrana skąpo w jeansy i pospiesznie narzuconą koszulę, nie do końca zapiętą. Za nią z niepewną miną wypadł Alex. Podbiegła do Alice i z całej siły uderzyła ją z prawego sierpowego.
- Czemu, dziwko, mi o nim nie powiedziałaś ?!
Wszystko na chwile stanęło. Al, mała, tylko spokojnie, pomyślał Alexander.
Alice złapała się tylko za policzek i, siłą woli stymulując głos na spokojny, zapytała:
- O kim…?
- O twoim mężu! - Dziewczyna zamachnęła się aby dać jej drugi raz, ale w końcu wybiegła z balkonu. Alice odwróciła się powrotem i oparła o balustradę. W ciszy słuchali z Alexem jak Rachel pospiesznie zbiera swoje rzeczy i klnie.
- Jeszcze ci pokażę! – usłyszeli przed trzaśnięciem drzwiami.
Dopiero wtedy się rozluźnili.
- Lesba. - szepnęła Alice, dotykając swojej wargi, z której zaczęła kapać krew. Odwróciła się do Alexa, który stał, oparty o barierkę i patrzył w niewiadomą przestrzeń. Nagle zrobiło jej się żal przyjaciela. Tyle dla niej robił, to nie jego wina, że wczoraj za dużo wypiła.
- Alex...
Chłopak milczał. Nie zapytała go nawet, jak z Gerardem.
- Alex.
W tym momencie z zachmurzonego nieba zaczął prószyć śnieg.
- Alice... wiesz że za dwa tygodnie święta?
***
Trzy dni później Alice z niecierpliwością czekała na Ingrid, która zaraz po usłyszeniu historii o Rachel, Pani Smith, Kurcie i Gabrieli postanowiła poratować ich duchowo. Dworzec był prawie pusty, niebo pogodne. Alice z przyjemnością wspominała początki znajomości, trwającej od szkoły średniej.
Ingrid siedziała za Alice, sama w ławce, i, jak zwykle, rysowała. Nikt wtedy nie przypuszczał, że będzie z tego żyć. Alice odwróciła się w stronę nieznajomej i spojrzała na zeszyt; Ingrid rysowała wisielca na drzewie.
- Em… jesteś emo ? – zmierzyła ją wzrokiem. Miała długie brązowe włosy, biały sweter w czarne paski oraz glany. Spojrzała na Alice spode łba.
-Jeszcze nie. Ale kiedyś będę. Jak mama pozwoli mi ściąć grzywkę! - odpowiedziała bardzo poważnym tonem. Alice parsknęła śmiechem.
-A słuchasz My Chemical Romance?
- Nie. – Ingrid wzruszyła ramionami.
- To nie jesteś emo. – Alice zaśmiała się drugi raz.
Od tego czasu Alice ciągle się odwracała do Ingrid i jak to określiła, nawijała bez przerwy od dzwonka do dzwonka, co było niezwykle irytujące. Szwedka nieraz próbowała pozbyć się Al, która przyczepiła się do niej, jak rzep. Melancholijna, spokojna, nieszczęśliwa i samotna stanowiła kontrast do żywiołowej i wesołej Alice. Gdy usiadły razem, wtedy dopiero Ingrid poznała, co to znaczy „gadać bez przerwy”. Al była niezmordowana. Zawsze miała coś do opowiedzenia, zawsze było coś lepszego do roboty, niż lekcje. W końcu Ingrid zaczęła jej słuchać. I tak Alice wciągnęła ją do swojego świata i, tak naprawdę obudziła w niej wszystkie dobre emocje. Pokazała jej muzykę od najlepszej strony. Często zapraszała do siebie, gdzie uczyła ją grać na gitarze, palić czy kręcić krótkometrażówki. Za to Ingrid tłumaczyła Alice, jak rysować. Nie spostrzegła nawet, jak ruchliwa i irytująca nieznajoma stała się najdroższym istnieniem w jej życiu.
Alice pokochała Ingrid jak siostrę. Kiedy kończyły szkołę średnią, przepłakała dobre parę nocy, gdy Ingrid powiedziała jej, że wyjeżdża do swojej ojczystej Szwecji na studia artystyczne. Od tego zaczęła się jej kariera. W błyskawicznym tempie podbiła komiksowy rynek swoimi mangami. Jej najbardziej znany komiks: „The Lightyear”, sprzedał się w ponad czteromilionowym nakładzie. Jest jedną z niewielu artystek, które w tak młodym wieku osiągnęła tak znaczne sukcesy. Alice była dumna z przyjaciółki. W końcu to dzięki niej uwierzyła w siebie i trzymała się mocno życia.

- No pięknie! Schudłaś od września. - przywitała ją Ingrid, mocno przytulając.
- A gdzie Jens?! – Alice wtuliła się we włosy przyjaciółki. Jens był partnerem Ingrid, również rysownik. Alice strasznie lubiła go za poczucie humoru i optymizm, którym zarażał.
- Ach, musiał wyjechać do Calgary, do Dorothy. – Ingrid wręczyła Al swoją walizkę, a sama poszła przodem. - Gdzie twoje auto?
Alice zakaszlała. Ingrid nauczyła się, że zawsze są jakieś pieniądze. Cóż, z takimi zarobkami…
- Zapłacisz za taksówkę ? – Al spróbowała podnieść torbę, ale ugięła się pod jej ciężarem. - Jasne!
Jechały taksówką przez ośnieżone ulice Amsterdamu. Alice próbowała skupić się na egzystencjonalnych myślach, lecz Ingrid nie pozwalała jej na to nawet na chwilę, komentując bez przerwy piękno miasta.
- Takie totalnie w Twoim stylu ! – zaśmiała się, wyciągając aparat z torby, aby zrobić portret przyjaciółki. Alice spojrzała w ekran aparatu, a następnie z dezaprobatą na Ingrid. Zbyt długa nieobecność przyjaciółki w jej życiu i już można było wyczuć zmianę. Obie trochę się zmieniły i nabrały paru nowych, nieznanych sobie nawzajem, nawyków.
- Hm… wyrobiłaś się, twoje zdjęcia są… lepsze. – powiedziała Alice oglądając klipy na karcie lustrzanki Ingrid.


- Co to?! Żarty?! – krzyknęła Ingrid wchodząc do ich mieszkania. – Myślałam, że to będzie większe, gdzie ja mam spać ?! – Rzuciła swoją torbę na fotel i wyrwała Alice walizkę z ręki, którą ta ledwo wytargała na czwarte piętro. Udając rozczarowanie i pogardę zaczęła miotać się po pokoju. Jak zwykle, bezczelna i szczera, pomyślała ckliwie Al. W tym momencie do salonu wszedł Alex. Ingrid rzuciła się w jego stronę.
- O! Proszę, proszę, stara dupa! – zmierzył ją wzrokiem i podszedł przytulić. – Tęskniłem.

niedziela, 29 stycznia 2012

I nie chodzi tu o seks,ale o wiersze.

Amsterdamskie ulice zapełniły się turystami, wieczorne godziny działały na nich jak magnes. Wśród nich szedł Alexander, otuliwszy się mocno szalikiem tak, aby nikt nie widział jego twarzy. O tym, co się stało w barze, wiedział tylko on i Kurt, jednak wstydził się przed samym sobą. Nie mógł, w razie czego, usprawiedliwić się alkoholem - wypił zaledwie jedno piwo przez cały dzień. Raz na jakiś czas wpadał na ludzi, przepraszał i szedł dalej. Wydawało mu się nawet, że ktoś go woła, ale nie miał ochoty na kumplowską pogawędkę.
Wstąpił jeszcze do sklepu po dwa różowe wina i paczkę Mallboro czerwonych, zapewniając sobie towarzystwo na dzisiejszy wieczór. Alice miała iść do jakiegoś klubu. W sumie dobrze mu zrobi samotna kontemplacja. Czuł się skrajnie wykończony zaistniałą sytuacją i potrzebował wszystko przemyśleć.
Wolno stawiał stopy na zimnych schodach obskurnej kamienicy. W pustej klatce schodowej jego kroki brzmiały jak wybuchające bomby. Przekręcił klucz w zamku. Po korytarzu rozniosło się echo charakterystycznego zgrzytu. Pchnął drzwi z westchnieniem ulgi i wszedł do mieszkania. Fajki, marihuana… ziemniaki – to było od razu czuć. Rozluźnił się. Położył siatkę z winami na ziemi i poszedł na balkon, gdzie podejrzewał, że będzie Alice. Nie mylił się.
- Czeeeść… – mruknął.
Alice spojrzała na niego spode łba i położyła palec na ustach. Pokazała na sofę, gdzie Gabriele leżała jak zabita. Alex zmarszczył brwi.
- Co to…? – zapytał, lekko rozdrażniony. Miał ciężki dzień i liczył na spokojny samotny wieczór, a tymczasem na jego kanapie leżało jakieś anorektycznie chude ciało i nie ma zamiaru się ruszyć.
- Znalazłam ją w bramie naszej kamienicy – powiedziała zimno Alice, skiepując popiół do szklanki.
- Ach, i pani Caritas Alice musiała oczywiście przynieść ją tutaj, zamiast do szpitala – ironizował Alex. Dziewczyna już przysunęła się, żeby coś mu odwarknąć, a propo sprowadzania do domu różnych ludzi, ale nagle kości na kanapie zaczęły się poruszać, aż w końcu spot plątaniny włosów doszedł ich cichy dźwięk czyjegoś głosu:
- Gdzie… gdzie jestem?
Alice pokazała gestem Alexowi, żeby się oddalił, chłopak popukał się tylko po czole. Teraz był już naprawdę poirytowany. Jego współlokatorka usiadła obok nieznajomej. Ta, zareagowała bardzo gwałtownie. Alice poczuła ścisk w dołku.
- Cześć. Jestem Alice… a to jest Alexander. – rzuciła okiem na wściekłego przyjaciela - Taki tam pedałek, mieszka tu od czasu do czasu. – Alex przygryzł wargi. Alice przesadziła. Sprowadza do domu jakiegoś półtrupa, a teraz jeszcze go poniża.
Gabriela popatrzyła na nich zlękniona. Nie wiedziała czy ma uciekać, czy też czekać na rozwój sytuacji. Poprawiła w odruchu włosy. Wyglądała, jakby najmniejszy podmuch mógł strącić ją z kanapy. Na ten widok Alex nieco się uspokoił. Twarz dziewczyny była niesamowicie proporcjonalna, duże oczy, prosty nos, pociągła twarz i pełne, spękane teraz usta. Była piękna. Może jest modelką…?
- Porwaliście mnie …?
- Porwała cię jakaś substancja i zaprowadziła w moją bramę. - Alice zaśmiała się i podała jej papierosy. Pod twoją bramę, powiadasz, pomyślał Alex. – Palisz ?
Modelka powoli zaczęła sobie przypominać zdarzenia z mieszkania Van Dera. Chwilę trwała w bezruchu, jakby nad czymś się zastanawiała, i nagle wybuchła głośnym płaczem. Wzięła drżącymi rękami papierosa. Alex z rezygnacją usiadł na fotelu obok i przyglądał się całej sytuacji. Spięcie zupełnie go opuściło. Patrzył jak Alice szybko buduje więź z nieznajomą. Po chwili były już w swoich objęciach. Minęło sporo czasu zanim modelka się uspokoiła. Odpaliła papierosa i wytarła oczy, rozmazując przy tym makijaż.
- Nawet nie wiecie… nie wiecie jak wam dziękuję! – wyjąkała. Miała głos raczej cichy i spokojny, nie za niski i nie za wysoki. Alice zaczęła ją głaskać po głowie. Od pierwszej chwili była związana z tą dziewczyną, a raczej, patrząc na nią teraz, z ruiną dziewczyny.
– Wiecie… ja… to była kokaina.
Alex gwizdnął cicho. Dziewczyna opowiedziała im o Jimmym, modelingu, narkotykach, i o brutalnym gwałcie Van Dera. Obojgu przyjaciołom odebrało mowę. Życie tej dziewczyny było koszmarem; przez bardzo długi czas tłumiła w sobie emocje, które teraz szarpały ją w spazmach płaczu. Nie mogli uwierzyć, że taka drobna istota, tak chuda, że w niektórych miejscach, na jej ciele, kości prawie przebijały skórę, przeżyła tak wiele nieszczęść.
Alex od razu chciał zaprowadzić ją do szpitala, albo na odwyk, Alice jednak nie przyjmowała w ogóle do świadomości takiej opcji. Życzyła sobie, aby Gabriela została tu na jakiś czas. Modelka wstała, i zaczęła rozglądać się po mieszkaniu, gdy nagle zadzwonił jej telefon. Która godzina?! O matko, przecież Jim będzie jej szukać! Alex i Alice przerwali zaciekawieni nerwową wymianę zdań.
- Kurwa ! Co ty sobie wyobrażasz ?! Nie będę Cię szukał po całym mieście – krzyk, a raczej bełkot pijanego mężczyzny dało się słyszeć przez głośnik telefony modelki. – Jak Cię nie będzie za pół godziny na Harlemeweg, to masz wpierdol…! – Gabriela na ostatnie słowa dostała dreszczy. Wyłączyła telefon i jednym skokiem znalazła się przy drzwiach, lekko się zatoczyła, pochwyciła swoją torbę i wypadła przez otwarte drzwi bez słowa. Alice nawet nie zdążyła ogarnąć, co się dzieje. Chciała wybiec za Gabrielą, ale Alex przytrzymał ją za rękę.
- Zostaw ją… Proszę cię. To może się źle skończyć również dla niej.
Alice patrzyła przez balkon na drobniuchną postać modelki, siadającej do taksówki. Była
pewna, że ta dziewczyna się pojawi jeszcze w jej życiu. Właściwie to ta pewność, a nie siła Alexa powstrzymała ją przed wybiegnięciem za Gabi.
Usiedli razem przy stole, na balkonie. Zapalili. Żadne z nich nie wiedziało co powiedzieć. W końcu niemrawo zaczął Alex.
- Wiesz… dziś… - Alice podniosła głowę z zainteresowaniem. Spór się skończył. Byli i pozostaną najlepszą parą przyjaciół na świecie. – Uprawiałem seks z Kurtem.
Alice celowo zakaszlała.
- Słucham ?! – nie mogła uwierzyć w to co usłyszała. Cóż za wspaniały dzień.
Chłopak powtórzył. Dużo ciszej niż poprzednio. Alice zaczęła się śmiać.
- Chciał cię…? No to niezły ma gust. – W jej głosie słuchać było wyraźną ironię. Chłopak nawet nie miał siły na wykłócanie się. Chciało mu się spać.

Następnego poranka Alice wsiadła na swojego różowego holendra i ruszyła na ulice ledwo obudzonego Amsterdamu. Nie minęło 10 minut, jak stanęła przed przytłaczającym domem swojej pracodawczyni, Margaret Brown. Przekręciła klucz w drzwiach, zebrała pocztę i udała się długim, wąskim korytarzem do kuchni. Ciche stąpanie na nic się na zdało. Do pokoju wjechała na elektronicznym wózku staruszka.
- Jak mogłaś się spóźnić tyle czasu?! Wiesz która jest godzina, panno? – Alice spojrzała na zegarek; były cztery minuty po dziesiątej.
- P-przepraszam najmocniej, miałam małe problemy – Alice schyliła lekko głowę. Ty cholerna starucho.
- Jak tak dalej będzie to chyba pożegnasz się z tą pracą! – powiedziała lekko zachrypniętym głosem Margaret. Jej bezbarwne usta tak mocno się zaciskały, że Alice często zastanawiała się, skąd starsza pani bierze tyle siły. Dziewczyna zrobiła krok w stronę pomieszczenia kuchennego, gdy skrzeczący głos staruszki sprawił, że po plecach przesłuży jej ciarki.
– Gdzie moje śniadanie, długo mam jeszcze czekać?
Alice lekko wstrząśnięta podbiegła do blatu kuchennego, wyciągnęła z lodówki ser pleśniowy i delikatnie ułożyła na talerzu. Ser był z rodzaju tych przesadnie drogich, obrzydliwych serów, które jedli tylko ludzie wysoko postawieni w społeczności, lub chcący za takich właśnie uchodzić. Staruszka cicho podjechała do jadalni i ułożyła się wygodnie na swoim wózku. Alice widziała to oczami wyobraźni. Parzyła zieloną herbatę najszybciej jak mogła. Gotowy posiłek wniosła triumfalnie do jadalni. Rozłożyła nakrycie i postawiła na nim talerz, tuż przed panią Brown, której twarz momentalnie zmieniła kolor.
- Co to ma być?! Dzisiaj życzyłam sobie kawior a n-nie… TO COŚ! – wykrzyczała staruszka. Talerz wylądował u stóp Alice.
- Przepraszam, nie wiedziałam… pani mówiła, że lubi ser pleśniowy…
- LUBIłAM WCZORAJ, NIE DZISIAJ!

Potem było tylko gorzej. Alice, prasując, spaliła jedną z cennych, jedwabnych koszul później przyniosła nie tę gazetę, którą życzyła sobie pani domu i przepłoszyła kota, który schował się na resztę dnia w niewiadomym miejscu. Gdy nadeszła godzina osiemnasta, Al Dziękowała Bogu, że czas upłynął tak szybko.

Założyła słuchawki, włączyła „Crystalized’ i ‘płynęła’ w rytmie muzyki. Ludzie stawali się jedynie stałą dekoracją którą widywała setki razy, aż stała się jej w końcu obojętna. Wtaszczyła na czwarte piętro rower i weszła do mieszkania.
Alex obudził się, usłyszawszy dźwięk klucza w zamku i teraz zaspany przecierał oczy.
- Co? To już 19? – powiedział do siebie patrząc na zegar z Marylin Monroe, wiszący nad kuchenką. Alice rzuciła torbę pod ścianę.
- Staruszka dała ci popalić, co?
Dziewczyna zwaliła się na przyjaciela. – Ty nie w pracy? – wymruczała.
- Wziąłem urlop. Nie chcę…
- Seksu z szefem ? To świetny sposób na podwyżkę!- Al klepnęła Alexa w udo i wstała. Włączyła komputer i mętnym wzrokiem przeglądała Facebooka.
-Właśnie… seksu…- Alex zapalił papierosa.
- A może… - Alice wyciągnęła rękę po fajkę - przydałoby się kogoś poznać? Iść na imprezę? Tak dawno już nie byliśmy nigdzie.
- Może… - mruknął bezuczuciowo. Wydawał się być zupełnie obojętny.
- Może dziś ? – Na twarzy Alice pojawił się szeroki uśmiech. - Muszę z siebie zmyć zapach tej staruchy.
Zanim Alex wypalił trzeciego papierosa, Alice pojawiła się przed nim z powrotem, z dwiema parami spodni. – Bordowe czy brązowe ?
Chłopak zmarszczył brwi.
- Ty mówisz poważnie ? – nie za bardzo chciało mu się gdziekolwiek ruszać.
- Tuż obok jest klub LGBT… to brązowe, kurwa czy bordowe ? – Alice nie wydawała się być przejęta niechęcią przyjaciela.
Alex nagle nabrał entuzjazmu. LGBT! Tak! To dla niego najlepsze miejsce, w końcu rodzina…
- Bordowe! – powiedział i zniknął w swoim pokoju.
Nie minęło 15 minut i oboje byli gotowi. Radośnie stanęli przed lustrem i przypatrywali się sobie nawzajem. Oboje założyli bordowe zwężane spodnie. Alex miał na sobie czarną koszulę, pod spodem czarną bokserkę, a do tego czerwony zegarek Swatcha. Alice przywdziała beżowy sweter i swoją ulubioną czarną czapkę.
- Jak zwykle idealnie. – powiedział.
- Genialnie. – Alice mocno go objęła. – To co? Sweet focia ?
- Chodź, bo zaczną bez nas…
- Chodź.

***

Klub rzeczywiście był położony niedaleko od ich mieszkania. Alex był zdziwiony, że jeszcze go nie znał, ale w sumie przez ostatnie tygodnie mieszkania w Amsterdamie, raczej mało się integrowali, skupiając się na pracy. Przed wejściem stał niebieskowłosy chłopak w pełnym makijażu i z parasolką w ręku.
- Witajcie! Witajcie! Rodzeństwo ? – zapytał wysokim , stylizowanym na damski głosem i pokazał na ich spodnie.
- Małżeństwo. – wyszczerzyła się Al i popchnęła Alexa do środka, gdzie wszystko wskazywało na to, że impreza już trwa. Kolorowe światła, głośna muzyka, głośny, pijany tłum. Po lewej stronie od wejścia stał bar, na którym ktoś namalował ciekawe, fluorescencyjne graffiti. Oboje przy nim usiedli.
- Para ? – zapytał zaciekawiony barman. Miał na sobie luźną bluzę i czarno-czerwony full cap, z pod którego wystawały przydługie blond włosy. Przedstawił się jako Birdy.
- Jestem gejem… - zaśmiał się Alex. Był w wyśmienitym humorze. Alice rozglądała się po klubie, w poszukiwaniu jakiegoś ciekawego towarzystwa. Alexander nawet nie zauważył, kiedy zniknęła.
Podeszła do stolika, gdzie siedział chłopak z irokezem i dwie dziewczyny – blondynka i brunetka. Blondynka, najwidoczniej już lekko pijana, kleiła się do chłopaka, który nawet nie próbował się jej wyrwać. Brunetka siedziała naprzeciwko i powoli sączyła piwo z sokiem. Alice zapytała czy się może przysiąść, na co towarzystwo bardzo chętnie przystało.
- Angielka ? – zapytał chłopak, strzepując popiół z papierosa. Alice usiadła obok brunetki, która zmierzyła ją wzrokiem.
- Prawie… moja matka jest z Argentyny. W ogóle jestem Alice. – chłopak podał jej piwo i przysunął blondynkę jeszcze bardziej do siebie.
- Nils. A to jest Klara. –pokazał na blondynkę. – I Rachel.
Jego ręka schodziła coraz niżej, do ud Klary.
- Co was przywiało do takiego klubu ? – Al delikatnie poprawiła niesforne blond włosy, zerkając przy tym na Rachel. Chłopak pokazał na właśnie na nią.
- …lesba! – zaśmiał się.

Gdy Alice prowadziła rozmowę z nowymi znajomymi, Alexander wesoło konwersował z Birdy’m. Barman nie był gejem, tylko tu pracował, ale mówił, że ma wielu przyjaciół wśród gejów i nienawidzi homofobii
– Byłem na paru paradach! – śmiał się.
Nagle do baru podszedł młody chłopak z czarnymi lokami i usiadł obok Alexandra.
- Siem Bird, ale chujowy dzień. – mruknął po francusku do barmana. Alex uśmiechnął się szeroko. Co za piękny dzień. Kochał brzmienie tego języka. Kochał nim mówić, pisać, słuchać. Kochał Francję, kochał wino francuskie, francuskich mężczyzn i Paryż.
- To jest Alex! – Birdy przedstawił sobie chłopców. Skubaniec, pomyślał wesoło Alex.
Chłopak podał mu chudą rękę.
- Gerard.
- Francuz ? – zapytał Alex.
- Oui.
- To ja was zostawiam! Ten wir pracy! – powiedział wesoło barman, i z tacą pełną kufli zniknął w tłumie tańczących ludzi.
- Fajnie tak pracować…- Alex chciał zagadać nowego znajomego.
- Fajnie… ta…
- A ty, czym się zajmujesz? – Nie dawał za wygraną.
- Jestem artystą.
- Artystą ? – zafascynował się Alex - A coś więcej?
Gerard kiwnął głową w kierunku wolnego stolika. Jego twarz nie wykazywała żadnych emocji.
- Chodź tam. Rozmowy przy barze są niebezpieczne.


Alice była już mocno wstawiona. Cztery piwa zrobiły swoje. Tak samo jak reszta jej towarzystwa. Nils już ściągał bluzkę Klary.
- Ej Ej ! Pieprzcie się w kiblu ! – Alice pokazała na drzwi toalety. Chłopak wziął rękę dziewczyny i po chwili Al znalazła się sam na sam z Rachel, która przysunęła się bliżej. Uśmiechnęła się znacząco.
- Wreszcie same! – delikatnie dotknęła rękę Al.
- Nie takie same… tu są ludzie. – Alice rozglądnęła się dookoła. – Ale zawsze możemy być same.
- To jakaś propozycja? Przecież nawet Cię nie znam… - mimo tych słów dziewczyna przytuliła się zachłannie do Alice. Jej dłoń wylądowała na policzku dziewczyny. - Ale w sumie…
- Możemy iść do mojego mieszkania. – Al próbowała ogarnąć wzrokiem klub w poszukiwaniu Alexa.
Rachel kiwnęła głową i z uśmiechem wpiła się w usta Alice.
- To chodź, mam chyba na Ciebie ochotę. - chwiejnym krokiem, nawzajem się podtrzymując wyszły z klubu.
- A ty jesteś lesbijką ? Czy po prostu żądna przygód? – Rachel włożyła Al język w ucho. Alice przystanęła na chwilę namyślając się. Nigdy nie mogła określić swojej seksualności. Raz tak, raz inaczej. Alex nazywał ją po prostu „seksualną” . Mówił, że Lisbeth Salander była jak ona. Kimkolwiek ona nie była…
- Wiesz… uznaj, że biseks. – Alice włożyła rękę pod podkoszulek Rachel.
- JESTEM BISEKSEM! – krzyknęła. Ludzie na ulicy omijali je szerokim łukiem. Dziewczyna chciała jeszcze trochę pokrzyczeć, ale Rachel przerwała jej pocałunkiem. W końcu dotarły do mieszkania. Alice popchnęła Rachel na łóżko i zamknęła drzwi. Kochały się do świtu, aż w końcu zasnęły w swoich objęciach.

środa, 11 stycznia 2012

3. Masz szczęście, młoda.

Była godzina 16.14, pub powoli wypełniali zmęczeni turyści. Alexander nie spodziewał się, że nawet w listopadzie jest ich tyle. Przeklinał za ich brak znajomości angielskiego czy francuskiego, większość była przekonana, że porozumie się swoim ojczystym językiem – no tak, każdy barman powinien znać wszystkie dialekty włoskie, niemiecki, rosyjskie, chiński no i oczywiście polski. Chociaż ten ostatni znał w pewnym stopniu, rozumiał około co setne słowo,ale zawsze to coś. Tyle tylko zapamiętał z jego wyjazdów do rodziny, która mieszkała w Krakowie. „Może by tak pojechać do ciotki i wuja” pomyślał, wtedy właśnie do baru lekko podpitym krokiem przyszła niska i przysadzista Niemka.
- Barmaaaaan! – zawołała jakaś gruba turystka w czerwono-czarnej koszuli w kwiaty, zdecydowanie nie umiała posługiwać się angielskim – shybko no!
- Co mogę dla pani zrobić? – zapytał Alexander, poprawiwszy swoją podartą fryzurę.
- Poprosić wódka z cola– z małej portmonetki wysypała kilka monet euro.
- 4 Euro się należy… – podał drinka i zabrał z blatu dwie monety.
- Rozboje w biały dzień, okropne!
Do godziny 20 przez bar przemknęło jeszcze parę „kwiatuszków”. Najciekawszym dla Alexandra jednak okazała się pijana kobieta, która próbowała go uwieść. Po drugim piwie zaniemogła i wylądowała w toalecie.
Kiedy przyszła druga barmanka-Katja, Alexander mógł w końcu wyjść. Marzył teraz o ciepłej herbacie wypitej na małym balkonie i ich małym „Burdelu” – Alice parę razy nazwała pieszczotliwie ich mieszkanie, trzeba przyznać, że nie myliła się za dużo. Do skórzanej torby wrzucił rzeczy, które leżały w jego szafeczce, ręcznik, notes, portfel i nową książkę Stiega Larssona którą kupił dzisiaj rano.
- Alexander! – zawołał Kurt który właśnie wszedł do szatni.
- Cześć Kurt, przepraszam,ale teraz się śpieszę. – Alexander zarzucił torbę na ramię, zamknął szafkę i już chciał ominąć Kurta ale ten zablokował go.
- Alex…poczekaj chwilkę, pięć minut cię chyba nie zbawi, co? – uśmiechnął się lekko i dotknął delikatnie jego włosów.
Alexander się zmieszał, przeszedł przez niego dreszcz. Ogarnęła go panika i strach. Odsunął się dwa kroki w tył. Kurt wtedy podszedł do metalowych drzwi dzielących bar od szatni i je zamknął.
- Kurwa, Kurt co Ty robisz?! – wrzasnął Alexander.
- Ja? Nic, bardzo mi się podobasz, wiesz? – rozpiął guziki u mankietów koszuli.
- Kurt spierdalaj, jesteś za stary!
- Alexandrze przesadzasz, zdecydowanie – podszedł do niego i delikatnie musnął opuszkami palców jego policzek.

- Kurwa Kurt ile razy mam Ci powtarzać, że NIE CHCE?! – Kurt stawał się jednak coraz bardziej napalony, jego pociąg do Alexandra stawał się niewyobrażalny.
- Alexandrze wydaje mi się, że jednak lepiej będzie dla Ciebie jeżeli się rozluźnisz i dasz mi to czego chce – jego ręka wślizgnęła się pod podkoszulek Alexandra.
Alexander usiadł na blado różowej sofie która stała w koncie małego pokoju, spojrzał znacząco w stronę Kurta. Na twarzy jego przełożonego zagościł uśmiech, miał to czego pragnął.
Kurt pocałował namiętnie Alexandra, ich języki wzajemnie się przeplatały. Jego ręka dość sprawnie odpięła guziki u spodni Alexa, lekko je ściągnął. Zaczął namiętnie obściskiwać penisa swojego podwładnego, przerwał pocałunki i swoją głowę skierował ku jego kroczowi. Opuścił do kolan jego czarne slipki tak, że ujrzał to czego pragnął. Był duży, gruby czyli takie jakie lubił. Delikatnie zaczął pieścić go swoim językiem, zaczął od jąder. Delikatnie ssał, co chwile spoglądał na twarz Alexandra, cieszyła go roskosz jaką mu sprawiał. Nagle przerwał, spojrzał na niego ponownie. Na twarzy Alexandra pojawił się delikatny rumieniec. Wziął penisa do ust i zaczął mocno go obejmować swoim językiem i ssać. Alexander co chwile mocno wzdychał, zacisnął palce u stóp i rąk. Czuł, że zaraz dojdzie. Dwie minuty później do ust Kurta wytrysnęła sperma Alexandra.
- I jak? – przełknął jego spermę i delikatnie go pocałował.
- Było dobrze…
- Wypnij się jeśli łaska! – Kurt wstał, ściągnął swoje spodnie.
Alexander podniósł się z sofy i oparł się o ścianę, ściągnął po drodze koszule, spodnie i majtki. Kurt również stał nago, a na prąciu włożona była już prezerwatywa. Powoli wszedł w niego, Alexander mocno wzdychał. Jedną ręką Kurt ściskał jego nabrzmiałego penisa, poruszając tak ręką aby doprowadzić go ponownie do wytrysku.
Piętnaście minut później skończyli, ubrali się. Alexander wciąż nie mógł uwierzyć, że zrobił to ze swoim przełożonym. Kurt jednak był wniebowzięty tym doświadczeniem.
- Mam nadzieje, że kiedyś to jeszcze powtórzymy i nie będę musiał cię do tego aż tak namawiać – dopiął ostatni guzik koszuli, wyciągnął z kieszeni klucz i otworzył metalowe drzwi.
- Ja mam nadzieje, że się nie powtórzy jednak… - wyszeptał Alexander.
* * *
Alice stała u progu drzwi wielkiej kamienicy umiejscowionej w ścisłym centrum. Jak się okazało ową kamienicę zamieszkiwała tylko jej przyszła pracodawczyni-stara Angielka, której mąż był holenderskim oficerem.. Podeszła bliżej i zadzwoniła, parę sekund później drzwi się otworzyły.
- D-dzień dobry, nazywam się Alice Dirt-Reyes… – wyciągnęła rękę w kierunku starszej kobiety na wózku.
- Nie znasz zasad savoir vivre? To ja powinnam wyciągnąć rękę, wchodź. – przesunęła się lekko tak, aby zrobić przejście dla Alice.
Dom był olbrzymi, podłoga była wyłożona dębowymi panelami, ściany wytapetowane w wzorek który doskonale znała, małe zielono-purpurowe kwiatki. Pokoje udekorowane w zabytkowe meble które musiały kosztował fortunę. Na cztery piętra wiodły dębowe schody ,które były zaopatrzone w czarny dywan aby zapobiec poślizgnięciu, w kuchni była winda.
- Masz się zjawiać od poniedziałku do piątku między dziesiątą a osiemnastą, w weekendy przyjeżdża moja rodzina i oni się wtedy mną opiekują. Za godzinę płacę Ci 5 euro, nie wolno Ci wyciągać jedzenia z lodówki, zabierać czegokolwiek z domu – wykaszlała, przesły do dużego salonu.
- Ależ oczywiście, podpisałam już umowę z pani adwokatem w której to wszystko było zamieszczone – powiedziała na jednym wdechu Alice, była strasznie spięta i przestraszona.
- Więcej szacunku młoda panno, skąd jesteś? –obróciła się na wózku w jej stronę.
- Z Anglii, z Liverpoolu – stanęła prosto, wzrokiem błądziła po pokoju aby uniknąć spojrzenia w oczy starszej kobiety.
- Och mam tam rodzinę, moja kuzynka jest hrabiną! – powiedziała, obróciwszy się znowu plecami do Alice – Musisz mi zmienić pampersa, Alice.
***
Gabriela siedziała w kącie salonu, próbując ogarnąć wzrokiem i myślami, co się właściwie wczoraj stało. Porozrzucane po podłodze butelki, stos śmieci, pety, stół z resztką kokainy, zarzygana kanapa… Tak, wczoraj tu było naprawdę gorąco. Wszyscy jednak opuścili apartament, zanim gospodarz doprowadził się do stanu używalności żeby przypadkiem nie nawinąć się na sprzątanie. Nikt z jej "przyjaciół" nawet o tym nie pomyślał. Skulona, zrozpaczona modelka siedziała, myśląc, jak bardzo nienawidzi ich i Amsterdamu.
Chciała wstać, ale zrezygnowała, kończąc cały czas na tej samej pozycji. Gdzie jest telefon? Złoty iphone był, na szczęście, w zasięgu nogi. Jim, Jim, Jim, Jim, muszę zadzwonić do Jima.. Drżącymi dłońmi wybrała numer. Wpadała w lekką histerię, a roztrzęsione palce nie trafiały w przyciski. W końcu usłyszała sygnał.
- Heeej, słońce, gdzie jesteś? – usłyszała głos swojego menagera. Najwyraźniej był w wyśmienitym humorze. Z jakiegoś powodu nie chciało jej się zastanawiać, dlaczego.
- Jimmy? Przyjedź tu. Natychmiast.
- Gdzie? – ciamkał gumą do żucia. Wiedział, jak Gabi tego nie znosi.
- A jak myślisz?! – krzyknęła, rzucając telefonem.
Nie minęło piętnaście minut gdy Jimmy stanął w drzwiach jej apartamentu. Miał zapasowe klucze.
- Jezus Maria…! – widok odebrał mu dech w piersiach. Szukał jej chwilę wzrokiem. Przytulona do ściany, na klęczkach, w rogu pokoju. Chude ciało wykręcone w nienaturalny sposób, wstrząsane konwulsjami płaczu. Podbiegł i wziął Gabi na ręce. Była jak lalka, nie stawiała żadnego oporu. Jej ciało było tak lekkie, ze mógłby nim bez trudu rzucać. Dziewczyna wtuliła się w jego ramię. Czuła jak unosi ją z tego bałaganu, od spraw, które ją męczą, od problemów, od jej dotychczasowego życia.
- Cicho... nie płacz. – przytulił ją mocniej.
- Ale... Ale... popatrz na mnie...! - łzy lały się teraz strumieniami, Gabi zaniosła się głośnym płaczem. Nie chciała, żeby Jimmy oglądał ją w takim stanie. Była modelką, musiała być perfekcyjna, była stworzona do odbierania mężczyznom tchu w piersiach. Czuła się obnażona i poniżona. Jimmy czule się uśmiechnął i pocałował ją w czoło.
- A wiesz co jutro jest? – ani krzty wyczucia. Zawsze na pierwszym miejscu były pieniądze. - Jutro idziesz na wybieg, wiec szybko po prysznic, mała.
Iskra ciepła i bezpieczeństwa zgasła. Skurwysyn. Gdy dotknęła stopami zimnej podłogi natychmiast udała się w stronę łazienki. Jim gwałtownie złapał ją za rękę.
- Jeszcze nie skończyłem.
- Tak? – siorbnęła.
- Kocham Cię.
- Ja Ciebie też. - skłamała.
Jego twarz wykrzywiła się w lubieżnym uśmiechu. Puścił jej dłoń. Tak naprawdę nic do niego nie czuła, spanie z tym gnojem było czystym interesem. Każda kobieta sukcesu musi przez to przejść. Musiała mieć jakiegoś frajera, który jest ważny w środowisku, i który podziała jak wyrzutnia dla jej kariery. Dla Gabrieli taką osobą był właśnie Jimmy. Prawdopodobnie domyślał się kim jest tak naprawdę, ale mimo to odstawiał szopkę z „kocham cie, Gabi” nie tylko dla opinii publicznej. Trzeba jednak przyznać, że dbał o nią jak należy. W dodatku idealnie do siebie pasowali, a dla modelki nie liczyło się nic więcej. Business is business.

Gabriela weszła pospiesznie do łazienki i specjalnie nie zamknęła drzwi. Zaczęła się rozbierać, starannie unikając kontaktu wzrokowego z samą sobą w lustrze. Gdy weszła do kabiny i puściła gorącą wodę, zobaczyła, że drzwi się otwierają. Niewyraźny kształt podszedł i uchylił lekko drzwi:
- Mogę się dołączyć? – oczy błyszczały mu jak świeżo wypolerowane srebrne sztućce.
Kiwnęła głową.
Jakby mu zależało w ogóle na jej pozwoleniu. Nie obchodziło go, ze przed chwilą płakała z bezsilności i zmęczenia, i że chciała się zrelaksować pod prysznicem. Zawsze będzie stawiał siebie przed innymi ludźmi. Ale przecież była świadoma, co się będzie działo, jeżeli po niego zadzwoni. Uświadomiła sobie, że pomimo tego, iż ten facet był skurwysynem, maniakiem, gnojem, a każde spotkanie z nim napawało ją obrzydzeniem do siebie, to w sytuacjach kryzysowych myślała właśnie o nim. U niego szukała pomocy. To przywiązanie napawało ją przerażeniem, a to z kolei napędzało jej nałóg. Kokaina, kwas, morfina, środki halucynogenne… Narkotyki były nieodłączną częścią jej życia.

Jim wszedł nagi do kabiny. Dobrze zbudowany ale nie mięśniak, wysoki ale nie wielki, ciemna karnacja ale nie mulat… Włosy ciemno brązowe, zawsze idealnie przycięte, żadnych kosmyków w bok, tylko trochę dłuższa grzywka ale nie zasłaniająca oczu, wyregulowane brwi ale wyglądające na naturalne, prosty nos, duże oczy, dołek z brodzie, lekkie dołeczki w policzkach, dwudniowy zarost jakimś sposobem ZAWSE wyglądający na dwudniowy; duże kształtne dłonie, długie palce. Do tego inteligentny, korzystający bez przerwy ze swojej zdolności retoryki i uwodzenia kobiet. Słowem, facet idealny.
Właśnie taki facet stanął nago przed Gabrielą a jej zrobiło się żal siebie. Łzy znów cisnęły jej się do oczu ale opanowała się. No, suko, zabieraj się do pracy. Trzeba popracować nad swoja karierą.
Jedną z zalet Jima, którą Gabi uznawała, był fakt, że umiał doskonale postępować z kobietami. Takim można się tylko urodzić, nie da się tego nauczyć. Ma dryg i już. Wszystko inne w tym człowieku było dla niej odrażające, od ciemnego charakteru po skarpetki. Skurwysyn. Skurwysyn.
Jim podszedł do niej od tyłu i zaplatając ręce wokół jej bioder przyciągnął mocno do siebie. Ich mokre i gorące ciała złączyły się ze sobą. Całował ją delikatnie po szyi. Dłonią powoli schodził w dół, do łechtaczki. Cicho jęknęła. Przyspieszał, lecz ona odwróciła się aby go pocałować. Skończy to szybciej. Wepchnęła mu język do ust a potem zaczęła całować po szyi, klatce piersiowej, brzuchu. Jimmy zamknął oczy, upajając się chwilą. Ciało przyjemnie mrowiło, gdy dotykała go szorstkim językiem. Gdy zeszła do podbrzusza z jękiem oparł się o ścianę kabiny. Głośno oddychając czuł jak jego członek dotyka jej ruchliwego języka. Odchylił głowę do tyłu i zamknął oczy, czując w całym ciele monotonny ruch.
Nagle usłyszał swój dzwonek. Podniecenie opadło niemal natychmiast, odepchnął głowę Gabrieli i wypadł z kabiny.
- Kurwa! To pewnie Karl Lagerfeld! – przetrzepywał swoje spodnie leżące na podłodze, a potem wyszedł z łazienki całkiem nagi, robiąc na podłodze mokre plamy.
Gabriela stała pod gorącą wodą, dopóki jej stopy nie zrobiły się całkiem czerwone i nie zaczęły piec.
Gdy wyszła z łazienki niczym nie okryta, Jim siedział na fotelu i rozmawiał. Jej nagie, chude ciało działało na niego jak najlepszy afrodyzjak. Zaniemówił, denerwując swojego rozmówcę. Odeszła szybko do pokoju.
Zamknęła drzwi, żeby menager jej nie zaskoczył. Łzy napłynęły jej do oczu. Już nie mogę. Nie wytrzymam… Podeszła do lustra. Chude jak badyl ciało, fioletowo-czerwone od gorącej wody, resztki makijażu w kącikach oczu. Zakryła twarz rękoma. Jesteś kurwą. Zwykłą, jebaną kurwą! Narkomanką! Alkoholiczką! Osunęła się na podłogę i zaczęła płakać. Czuła jeszcze na swoim ciele jego dłonie. Brzydzę się sobą, pomyślała. Całe napięcie wyszło z niej razem ze łzami.
- Zjedz coś! - krzyknął Jimmy z salonu. Słyszała, jak nalewa sobie koniaku z jej barku. Nienawidzę jego i siebie.
- Nie jestem głodna.- powiedziała twardo, zbierając się z podłogi. Ale dla Jimmiego „zjedz coś” oznaczało mniej więcej: „jestem głodny, musimy iść coś zjeść”, poznała to po tonie jego wypowiedzi.
Otarła łzy i ubrała się. Dzień pracy jeszcze nie minął. Czeka cię jeszcze lunch z twoim menagerem, szmato.
Następnego dnia Gabi musiała być idealna. Obudziła się o 13, zjadła ćwiartkę grejpfruta i zrobiła parę rozciągających ćwiczeń. Głowa straszliwie ją bolała, przysięgła sobie, że ostatni raz zrobiła imprezę dzień przez pokazem. Posprzątała jako tako syf w salonie, i gdy ogarnęła swój wygląd musiała pędzić na taksówkę.
Przyjechała punktualnie, jak zawsze, weszła do garderoby, nie witając się prawie z nikim. Parszywy humor został zniwelowany, na czas pokazu, profesjonalizmem. Dzisiaj stawiała siebie z góry na przegranej pozycji, chociaż przygotowania do tego pokazu trwały od miesiąca. Nie mogła uwierzyć, że swoje wysiłki zniwelowała jednym wieczorem na dodatek impreza odbiła się trochę na jej wyglądzie, co znacznie polepszyło humory innym modelkom. Na wybieg wyszła jednak jak zawsze z ekspresją, pewnie stawiając stopy w dziesięciocentymetrowych szpilkach. Kierowała głowę w stronę fleszy aparatów.Ku jej zdziwieniu została, po raz kolejny, najbardziej doceniona. W przebieralni wszyscy jej gratulowali, przyjmowała to z miłym zaskoczeniem, obserwując w oczach swoich koleżanek świetliki zazdrości. Pierwszeństwo przyznała jej nawet sama Vercase.

Jak zwykle po pokazie odbył się bankiet, gdzie modelki mogły być już w swoich normalnych ubraniach. Snuła się pomiędzy gośćmi, wychylając jeden po drugim kieliszki szampana i odbierając gratulacje. Mnóstwo zachłannych spojrzeń mężczyzn, zazdrosnych spojrzeń kobiet, mierzenia wzrokiem, ocenianie, szepty, plotki płynęły na takich bankietach strumieniami. Gabriela poczuła silną chęć na kokainę. Spostrzegła Jimmiego brylującego w towarzystwie i zrobiło jej się niedobrze. Cóż, w końcu to jego praca – reklamować wszędzie jej osobę, ale ostatnie czego teraz potrzebowała to jego spocone dłonie szukające wcięcia w jej sukni. Skręciła szybko w bok, żeby jej nie spostrzegł i wymknęła się na zaplecze, gdzie stały zapasowe nakrycia. W półmroku odetchnęła z ulgą.
Potrzebowała kokainy. Teraz przychodziła jej na myśl tylko jedna droga zdobycia jej. Wybrała numer z prawdopodobnie fałszywym numerem swojego dostawcy.
- Potrzebuje trochę towaru - szepnęła, kiedy odebrał.
- Na kiedy? - miał bardzo niski głos.
- Na teraz.
Chwila ciszy.
- Gdzie jesteś?
Dziewczyna wytłumaczyła mu. Oczywiście nie wspomniała, że jest na bankiecie po pokazie, bo byłoby to utrudnione. Przynajmniej nie miała tu wstępu prasa.
- Jeżeli się nie pojawię do 5 minut, możesz znikać.
- Nie będę jeździł na darmo.
- Proszę. Kupię dwie duże działki. Mam pieniądze.
Dostawca się rozłączył. Schowała telefon do torebki i wyszła jak gdyby nigdy nic z zaplecza. Przemykała pomiędzy gośćmi, starannie unikając kontaktów wzrokowych. Wyszła tylnymi drzwiami, do kuchni a z kuchni do zaułka, na umówione miejsce. Noc była bezchmurna, wiał ciepły wiatr, ale i tak Gabi trzęsła się z zimna. W jej ciele nie było nawet grama zapasowej tkanki tłuszczowej. Po 5 minutach niepewnie podszedł do niej murzyn. Kiwnęła na niego głową. Pewnie sprawdził, co to za miejsce. Wiedział już, że w tym wielkim budynku odbywa się właśnie bankiet po pokazie mody. Był dostawcą Van Dera, który dostarczał narkotyki ludziom z wyższych sfer i dbał maksymalnie o bezpieczeństwo.
- Jesteś po pokazie?
W ciemności błyskały mu białka oczu nerwowo latające dookoła. Był zdenerwowany.
- Tak. Ale spokojnie. Nikt nie powinien mnie szukać.
- Tego już, kurwo, mi nie powiedziałaś. Jak szef będzie mieć przez ciebie jakikolwiek problem, to zapłacisz za to. Na razie zapłać za towar.
Wyciągnęła zwitki pieniędzy.
- Nie tak. – zmierzył ją lubieżnym spojrzeniem.
- Jak…? – oblizał wargi.
Dobrze wiedziała o co chodzi, ale zapaliła się w niej iskra nadziei i naiwności.
- O dziesiątej, na rogu, tam gdzie zwykle. On ci da towar.
Modelka kiwnęła głową. Niech to szlag.
Wbiegła powrotem na bankiet i odszukała swojego menagera.
- Idę do domu.
Jim spojrzał na zegarek.
- Rozumiem, musisz być zmęczona. Idź.
Odetchnęła z ulgą. Jim przybliżył się do jej twarzy i położył rękę na biodrze. – Pięknie dziś wyglądałaś, gratuluję.

Taksówka zawiozła ją pod sam dom. Weszła tylko na chwilę, przebrać się w normalne ciuchy, później na nogach poszła w stronę dworca. Nie znosiła zachcianek Van Dera. Nigdy nie było widomo, czy będzie trzeba płacić „cieleśnie” czy wystarczy forsa. Takie początkujące modelki jak ona nie miały zazwyczaj nic do gadania, diler mógł je spokojnie wykorzystywać.
Czarne BMW przyjechało punktualnie, Gabriela wsiadła do niego bez mrugnięcia okiem. Miała nadzieję, że tym razem załatwią to w samochodzie. Van Der nie odezwał się ani razu, siedzieli obko siebie na tylnym siedzeniu, aż podjechali pod jego mieszkanie. No, tu to jeszcze nie byłam. Mam złe przeczucia. Na chwilę zapomniała o głodzie. Pociły jej się ręce. Bała się. Diler był raczej przyjaźnie nastawiony do klientek, zawsze o coś zagadywał; był po prostu dobrze wychowany. Nigdy nie oszukał żadnej swojej klientki, a przynajmniej nikt o tym nie słyszał, zawsze wymagał od nich tylko czystego seksu. Żadnych „zabaw” czy chorych gierek. Dziś musiał być w kiepskim nastroju. Kurwa, że też zachciało mi się koki od niego, jakbym nie mogła zadzwonić po jakiegoś miejscowego handlarza, trzęsącego się ze strachu gdy kupowała towar.
Mieszkanie nie było raczej w stylu Van Dera i prezentowało sobą niższą klasę. W porównaniu do niektórych jego apartamentów to miejsce mogło być śmiało nazwane norą. Weszli do sypialni. Niepewnie usiadła na łóżku. Teraz wiedziała na pewno, że popełniła błąd, ale było o wiele za późno, żeby się wycofać.
Mogła przyjrzeć się Van Derowi. Niewysoki murzyn, przy kości, urany w czarny garnitur. Jego twarz nie wyrażała żadnych emocji. Gabriela czułaby się o wiele lepiej, gdyby cokolwiek powiedział. Zazwyczaj żartował, częstował czymś do picia, podobno nieraz wciągał z klientami towar. Coś musiało go bardzo zdenerwować. Modelka tarała się stopić z materacem, zapaść w łóżko.
Diler wyciągnął z szafki dwie duże paczki. Umówiony towar. Popatrzył na jej skuloną postać i po raz pierwszy na jego twarzy pojawił się cień emocji.
- Chcesz teraz trochę?
Gabriela niepewnie kiwnęła głową. Jak się porządnie naćpa będzie ją mniej obchodziło, co ten czarnuch z nią robi.
Podeszła i wysypała pół torebki na stół. Van Der przysunął jej kalendarz kieszonkowy leżący na stoliku i rzucił rurkę. Zazwyczaj wychodził, żeby się rozebrać, pozwalając klientowi załatwić swoje w spokoju, lecz tym razem walnął się nałóżko i zaczął tam ściągać z siebie ubranie.
Przy słabiutkim oświetleniu, mającym źródło w lampie stojącej w przedpokoju, Gabriela uformowała kalendarzykiem dwie mniej więcej równej długości kreski, i wciągnęła do każdej dziurki jedną kreskę. Odchyliła głowę do tyłu i czekała na odrzut. O takk… Przestawała odczuwać dotychczasowe zmęczenie. Van Der warknął niecierpliwie. Gabi zachęcona swoją zwyczajną dawką wysypała na stół pozostałą część torebki i powtórzyła czynności. Uderzenie było nagłe i niesamowite. Przez chwilę nie mogła wstać.
- Ty cholerna ćpunko…
Van Der wciągnął ją na łóżko za włosy i zdarł ubranie. Pomimo wziętej dawki pamięta silny, długotrwały ból i jego krzyki.
Nie wiedziała, ile czasu minęło, ale ocknęła się okryta kołdrą. Van Der był ubrany i siedział obok.
- Przesadziłaś, kurwa.
Uniosła się na pościeli. Wszystko ją bolało, serce waliło niesamowicie szybko. Suszyło ją w gardle, całe ciało mrowiło. Diler podał jej szklankę wody. Wypiła zachłannie. Myśli wracały w chaotycznym tempie.
- Mogłaś mieć zapaść. – powiedział. Obleciał ją strach. Przez nią mógł mieć kłopot. Ale gdy przyjrzała się jego twarzy spostrzegła lekki uśmiech.
- Wstawaj i wynocha. Już prawie świta. Jeszcze raz odwalisz taki numer i zobaczysz co się będzie działo.
Van Der wstał i wyszedł. Usłyszała trzask zamykanych drzwi. Musiała się szybko zmywać, pewnie taksówka już na nią czekała. Ubrała się i podeszła do stolika żeby spakować towar. Obok pustego woreczka i jeszcze jednej działki, która jej przysługiwała leżała jeszcze jedna cała duża paczka. Gabriela zastanowiła się chwilę, a potem, nie w pełni świadoma tego, co robi wciągnęła dwie kreski narkotyku.


- Hej, słyszysz mnie? Halo, jesteś w stanie iść?
Czyjś głos, niewyraźne cienie, zimo i twardo. Czyjeś ręce podniosły ją z ziemi i próbowały utrzymać w pionie. Chyba szła. Co chwila film jej się urywał, jakiś damski głos cały czas coś mówił. Dźwięki raniły jej uszy, światło natrętnie wdzierało się przez powieki.

Alice ułożyła dziewczynę na kanapie. Była lekka jak piórko. Znalazła ją na ulicy, zupełnie nie kontaktowała. Ludzie patrzyli na nią z odrazą i przerażeniem. Cokolwiek się stało, mogła umrzeć. Naprawdę mocno przesadziła.
Usiadła na balkonie z laptopem i zaczęła pisać list do Ingrid. Wieczór zapowiadał się piękny.