Amsterdamskie ulice zapełniły się turystami, wieczorne godziny działały na nich jak magnes. Wśród nich szedł Alexander, otuliwszy się mocno szalikiem tak, aby nikt nie widział jego twarzy. O tym, co się stało w barze, wiedział tylko on i Kurt, jednak wstydził się przed samym sobą. Nie mógł, w razie czego, usprawiedliwić się alkoholem - wypił zaledwie jedno piwo przez cały dzień. Raz na jakiś czas wpadał na ludzi, przepraszał i szedł dalej. Wydawało mu się nawet, że ktoś go woła, ale nie miał ochoty na kumplowską pogawędkę.
Wstąpił jeszcze do sklepu po dwa różowe wina i paczkę Mallboro czerwonych, zapewniając sobie towarzystwo na dzisiejszy wieczór. Alice miała iść do jakiegoś klubu. W sumie dobrze mu zrobi samotna kontemplacja. Czuł się skrajnie wykończony zaistniałą sytuacją i potrzebował wszystko przemyśleć.
Wolno stawiał stopy na zimnych schodach obskurnej kamienicy. W pustej klatce schodowej jego kroki brzmiały jak wybuchające bomby. Przekręcił klucz w zamku. Po korytarzu rozniosło się echo charakterystycznego zgrzytu. Pchnął drzwi z westchnieniem ulgi i wszedł do mieszkania. Fajki, marihuana… ziemniaki – to było od razu czuć. Rozluźnił się. Położył siatkę z winami na ziemi i poszedł na balkon, gdzie podejrzewał, że będzie Alice. Nie mylił się.
- Czeeeść… – mruknął.
Alice spojrzała na niego spode łba i położyła palec na ustach. Pokazała na sofę, gdzie Gabriele leżała jak zabita. Alex zmarszczył brwi.
- Co to…? – zapytał, lekko rozdrażniony. Miał ciężki dzień i liczył na spokojny samotny wieczór, a tymczasem na jego kanapie leżało jakieś anorektycznie chude ciało i nie ma zamiaru się ruszyć.
- Znalazłam ją w bramie naszej kamienicy – powiedziała zimno Alice, skiepując popiół do szklanki.
- Ach, i pani Caritas Alice musiała oczywiście przynieść ją tutaj, zamiast do szpitala – ironizował Alex. Dziewczyna już przysunęła się, żeby coś mu odwarknąć, a propo sprowadzania do domu różnych ludzi, ale nagle kości na kanapie zaczęły się poruszać, aż w końcu spot plątaniny włosów doszedł ich cichy dźwięk czyjegoś głosu:
- Gdzie… gdzie jestem?
Alice pokazała gestem Alexowi, żeby się oddalił, chłopak popukał się tylko po czole. Teraz był już naprawdę poirytowany. Jego współlokatorka usiadła obok nieznajomej. Ta, zareagowała bardzo gwałtownie. Alice poczuła ścisk w dołku.
- Cześć. Jestem Alice… a to jest Alexander. – rzuciła okiem na wściekłego przyjaciela - Taki tam pedałek, mieszka tu od czasu do czasu. – Alex przygryzł wargi. Alice przesadziła. Sprowadza do domu jakiegoś półtrupa, a teraz jeszcze go poniża.
Gabriela popatrzyła na nich zlękniona. Nie wiedziała czy ma uciekać, czy też czekać na rozwój sytuacji. Poprawiła w odruchu włosy. Wyglądała, jakby najmniejszy podmuch mógł strącić ją z kanapy. Na ten widok Alex nieco się uspokoił. Twarz dziewczyny była niesamowicie proporcjonalna, duże oczy, prosty nos, pociągła twarz i pełne, spękane teraz usta. Była piękna. Może jest modelką…?
- Porwaliście mnie …?
- Porwała cię jakaś substancja i zaprowadziła w moją bramę. - Alice zaśmiała się i podała jej papierosy. Pod twoją bramę, powiadasz, pomyślał Alex. – Palisz ?
Modelka powoli zaczęła sobie przypominać zdarzenia z mieszkania Van Dera. Chwilę trwała w bezruchu, jakby nad czymś się zastanawiała, i nagle wybuchła głośnym płaczem. Wzięła drżącymi rękami papierosa. Alex z rezygnacją usiadł na fotelu obok i przyglądał się całej sytuacji. Spięcie zupełnie go opuściło. Patrzył jak Alice szybko buduje więź z nieznajomą. Po chwili były już w swoich objęciach. Minęło sporo czasu zanim modelka się uspokoiła. Odpaliła papierosa i wytarła oczy, rozmazując przy tym makijaż.
- Nawet nie wiecie… nie wiecie jak wam dziękuję! – wyjąkała. Miała głos raczej cichy i spokojny, nie za niski i nie za wysoki. Alice zaczęła ją głaskać po głowie. Od pierwszej chwili była związana z tą dziewczyną, a raczej, patrząc na nią teraz, z ruiną dziewczyny.
– Wiecie… ja… to była kokaina.
Alex gwizdnął cicho. Dziewczyna opowiedziała im o Jimmym, modelingu, narkotykach, i o brutalnym gwałcie Van Dera. Obojgu przyjaciołom odebrało mowę. Życie tej dziewczyny było koszmarem; przez bardzo długi czas tłumiła w sobie emocje, które teraz szarpały ją w spazmach płaczu. Nie mogli uwierzyć, że taka drobna istota, tak chuda, że w niektórych miejscach, na jej ciele, kości prawie przebijały skórę, przeżyła tak wiele nieszczęść.
Alex od razu chciał zaprowadzić ją do szpitala, albo na odwyk, Alice jednak nie przyjmowała w ogóle do świadomości takiej opcji. Życzyła sobie, aby Gabriela została tu na jakiś czas. Modelka wstała, i zaczęła rozglądać się po mieszkaniu, gdy nagle zadzwonił jej telefon. Która godzina?! O matko, przecież Jim będzie jej szukać! Alex i Alice przerwali zaciekawieni nerwową wymianę zdań.
- Kurwa ! Co ty sobie wyobrażasz ?! Nie będę Cię szukał po całym mieście – krzyk, a raczej bełkot pijanego mężczyzny dało się słyszeć przez głośnik telefony modelki. – Jak Cię nie będzie za pół godziny na Harlemeweg, to masz wpierdol…! – Gabriela na ostatnie słowa dostała dreszczy. Wyłączyła telefon i jednym skokiem znalazła się przy drzwiach, lekko się zatoczyła, pochwyciła swoją torbę i wypadła przez otwarte drzwi bez słowa. Alice nawet nie zdążyła ogarnąć, co się dzieje. Chciała wybiec za Gabrielą, ale Alex przytrzymał ją za rękę.
- Zostaw ją… Proszę cię. To może się źle skończyć również dla niej.
Alice patrzyła przez balkon na drobniuchną postać modelki, siadającej do taksówki. Była
pewna, że ta dziewczyna się pojawi jeszcze w jej życiu. Właściwie to ta pewność, a nie siła Alexa powstrzymała ją przed wybiegnięciem za Gabi.
Usiedli razem przy stole, na balkonie. Zapalili. Żadne z nich nie wiedziało co powiedzieć. W końcu niemrawo zaczął Alex.
- Wiesz… dziś… - Alice podniosła głowę z zainteresowaniem. Spór się skończył. Byli i pozostaną najlepszą parą przyjaciół na świecie. – Uprawiałem seks z Kurtem.
Alice celowo zakaszlała.
- Słucham ?! – nie mogła uwierzyć w to co usłyszała. Cóż za wspaniały dzień.
Chłopak powtórzył. Dużo ciszej niż poprzednio. Alice zaczęła się śmiać.
- Chciał cię…? No to niezły ma gust. – W jej głosie słuchać było wyraźną ironię. Chłopak nawet nie miał siły na wykłócanie się. Chciało mu się spać.
Następnego poranka Alice wsiadła na swojego różowego holendra i ruszyła na ulice ledwo obudzonego Amsterdamu. Nie minęło 10 minut, jak stanęła przed przytłaczającym domem swojej pracodawczyni, Margaret Brown. Przekręciła klucz w drzwiach, zebrała pocztę i udała się długim, wąskim korytarzem do kuchni. Ciche stąpanie na nic się na zdało. Do pokoju wjechała na elektronicznym wózku staruszka.
- Jak mogłaś się spóźnić tyle czasu?! Wiesz która jest godzina, panno? – Alice spojrzała na zegarek; były cztery minuty po dziesiątej.
- P-przepraszam najmocniej, miałam małe problemy – Alice schyliła lekko głowę. Ty cholerna starucho.
- Jak tak dalej będzie to chyba pożegnasz się z tą pracą! – powiedziała lekko zachrypniętym głosem Margaret. Jej bezbarwne usta tak mocno się zaciskały, że Alice często zastanawiała się, skąd starsza pani bierze tyle siły. Dziewczyna zrobiła krok w stronę pomieszczenia kuchennego, gdy skrzeczący głos staruszki sprawił, że po plecach przesłuży jej ciarki.
– Gdzie moje śniadanie, długo mam jeszcze czekać?
Alice lekko wstrząśnięta podbiegła do blatu kuchennego, wyciągnęła z lodówki ser pleśniowy i delikatnie ułożyła na talerzu. Ser był z rodzaju tych przesadnie drogich, obrzydliwych serów, które jedli tylko ludzie wysoko postawieni w społeczności, lub chcący za takich właśnie uchodzić. Staruszka cicho podjechała do jadalni i ułożyła się wygodnie na swoim wózku. Alice widziała to oczami wyobraźni. Parzyła zieloną herbatę najszybciej jak mogła. Gotowy posiłek wniosła triumfalnie do jadalni. Rozłożyła nakrycie i postawiła na nim talerz, tuż przed panią Brown, której twarz momentalnie zmieniła kolor.
- Co to ma być?! Dzisiaj życzyłam sobie kawior a n-nie… TO COŚ! – wykrzyczała staruszka. Talerz wylądował u stóp Alice.
- Przepraszam, nie wiedziałam… pani mówiła, że lubi ser pleśniowy…
- LUBIłAM WCZORAJ, NIE DZISIAJ!
Potem było tylko gorzej. Alice, prasując, spaliła jedną z cennych, jedwabnych koszul później przyniosła nie tę gazetę, którą życzyła sobie pani domu i przepłoszyła kota, który schował się na resztę dnia w niewiadomym miejscu. Gdy nadeszła godzina osiemnasta, Al Dziękowała Bogu, że czas upłynął tak szybko.
Założyła słuchawki, włączyła „Crystalized’ i ‘płynęła’ w rytmie muzyki. Ludzie stawali się jedynie stałą dekoracją którą widywała setki razy, aż stała się jej w końcu obojętna. Wtaszczyła na czwarte piętro rower i weszła do mieszkania.
Alex obudził się, usłyszawszy dźwięk klucza w zamku i teraz zaspany przecierał oczy.
- Co? To już 19? – powiedział do siebie patrząc na zegar z Marylin Monroe, wiszący nad kuchenką. Alice rzuciła torbę pod ścianę.
- Staruszka dała ci popalić, co?
Dziewczyna zwaliła się na przyjaciela. – Ty nie w pracy? – wymruczała.
- Wziąłem urlop. Nie chcę…
- Seksu z szefem ? To świetny sposób na podwyżkę!- Al klepnęła Alexa w udo i wstała. Włączyła komputer i mętnym wzrokiem przeglądała Facebooka.
-Właśnie… seksu…- Alex zapalił papierosa.
- A może… - Alice wyciągnęła rękę po fajkę - przydałoby się kogoś poznać? Iść na imprezę? Tak dawno już nie byliśmy nigdzie.
- Może… - mruknął bezuczuciowo. Wydawał się być zupełnie obojętny.
- Może dziś ? – Na twarzy Alice pojawił się szeroki uśmiech. - Muszę z siebie zmyć zapach tej staruchy.
Zanim Alex wypalił trzeciego papierosa, Alice pojawiła się przed nim z powrotem, z dwiema parami spodni. – Bordowe czy brązowe ?
Chłopak zmarszczył brwi.
- Ty mówisz poważnie ? – nie za bardzo chciało mu się gdziekolwiek ruszać.
- Tuż obok jest klub LGBT… to brązowe, kurwa czy bordowe ? – Alice nie wydawała się być przejęta niechęcią przyjaciela.
Alex nagle nabrał entuzjazmu. LGBT! Tak! To dla niego najlepsze miejsce, w końcu rodzina…
- Bordowe! – powiedział i zniknął w swoim pokoju.
Nie minęło 15 minut i oboje byli gotowi. Radośnie stanęli przed lustrem i przypatrywali się sobie nawzajem. Oboje założyli bordowe zwężane spodnie. Alex miał na sobie czarną koszulę, pod spodem czarną bokserkę, a do tego czerwony zegarek Swatcha. Alice przywdziała beżowy sweter i swoją ulubioną czarną czapkę.
- Jak zwykle idealnie. – powiedział.
- Genialnie. – Alice mocno go objęła. – To co? Sweet focia ?
- Chodź, bo zaczną bez nas…
- Chodź.
***
Klub rzeczywiście był położony niedaleko od ich mieszkania. Alex był zdziwiony, że jeszcze go nie znał, ale w sumie przez ostatnie tygodnie mieszkania w Amsterdamie, raczej mało się integrowali, skupiając się na pracy. Przed wejściem stał niebieskowłosy chłopak w pełnym makijażu i z parasolką w ręku.
- Witajcie! Witajcie! Rodzeństwo ? – zapytał wysokim , stylizowanym na damski głosem i pokazał na ich spodnie.
- Małżeństwo. – wyszczerzyła się Al i popchnęła Alexa do środka, gdzie wszystko wskazywało na to, że impreza już trwa. Kolorowe światła, głośna muzyka, głośny, pijany tłum. Po lewej stronie od wejścia stał bar, na którym ktoś namalował ciekawe, fluorescencyjne graffiti. Oboje przy nim usiedli.
- Para ? – zapytał zaciekawiony barman. Miał na sobie luźną bluzę i czarno-czerwony full cap, z pod którego wystawały przydługie blond włosy. Przedstawił się jako Birdy.
- Jestem gejem… - zaśmiał się Alex. Był w wyśmienitym humorze. Alice rozglądała się po klubie, w poszukiwaniu jakiegoś ciekawego towarzystwa. Alexander nawet nie zauważył, kiedy zniknęła.
Podeszła do stolika, gdzie siedział chłopak z irokezem i dwie dziewczyny – blondynka i brunetka. Blondynka, najwidoczniej już lekko pijana, kleiła się do chłopaka, który nawet nie próbował się jej wyrwać. Brunetka siedziała naprzeciwko i powoli sączyła piwo z sokiem. Alice zapytała czy się może przysiąść, na co towarzystwo bardzo chętnie przystało.
- Angielka ? – zapytał chłopak, strzepując popiół z papierosa. Alice usiadła obok brunetki, która zmierzyła ją wzrokiem.
- Prawie… moja matka jest z Argentyny. W ogóle jestem Alice. – chłopak podał jej piwo i przysunął blondynkę jeszcze bardziej do siebie.
- Nils. A to jest Klara. –pokazał na blondynkę. – I Rachel.
Jego ręka schodziła coraz niżej, do ud Klary.
- Co was przywiało do takiego klubu ? – Al delikatnie poprawiła niesforne blond włosy, zerkając przy tym na Rachel. Chłopak pokazał na właśnie na nią.
- …lesba! – zaśmiał się.
Gdy Alice prowadziła rozmowę z nowymi znajomymi, Alexander wesoło konwersował z Birdy’m. Barman nie był gejem, tylko tu pracował, ale mówił, że ma wielu przyjaciół wśród gejów i nienawidzi homofobii
– Byłem na paru paradach! – śmiał się.
Nagle do baru podszedł młody chłopak z czarnymi lokami i usiadł obok Alexandra.
- Siem Bird, ale chujowy dzień. – mruknął po francusku do barmana. Alex uśmiechnął się szeroko. Co za piękny dzień. Kochał brzmienie tego języka. Kochał nim mówić, pisać, słuchać. Kochał Francję, kochał wino francuskie, francuskich mężczyzn i Paryż.
- To jest Alex! – Birdy przedstawił sobie chłopców. Skubaniec, pomyślał wesoło Alex.
Chłopak podał mu chudą rękę.
- Gerard.
- Francuz ? – zapytał Alex.
- Oui.
- To ja was zostawiam! Ten wir pracy! – powiedział wesoło barman, i z tacą pełną kufli zniknął w tłumie tańczących ludzi.
- Fajnie tak pracować…- Alex chciał zagadać nowego znajomego.
- Fajnie… ta…
- A ty, czym się zajmujesz? – Nie dawał za wygraną.
- Jestem artystą.
- Artystą ? – zafascynował się Alex - A coś więcej?
Gerard kiwnął głową w kierunku wolnego stolika. Jego twarz nie wykazywała żadnych emocji.
- Chodź tam. Rozmowy przy barze są niebezpieczne.
Alice była już mocno wstawiona. Cztery piwa zrobiły swoje. Tak samo jak reszta jej towarzystwa. Nils już ściągał bluzkę Klary.
- Ej Ej ! Pieprzcie się w kiblu ! – Alice pokazała na drzwi toalety. Chłopak wziął rękę dziewczyny i po chwili Al znalazła się sam na sam z Rachel, która przysunęła się bliżej. Uśmiechnęła się znacząco.
- Wreszcie same! – delikatnie dotknęła rękę Al.
- Nie takie same… tu są ludzie. – Alice rozglądnęła się dookoła. – Ale zawsze możemy być same.
- To jakaś propozycja? Przecież nawet Cię nie znam… - mimo tych słów dziewczyna przytuliła się zachłannie do Alice. Jej dłoń wylądowała na policzku dziewczyny. - Ale w sumie…
- Możemy iść do mojego mieszkania. – Al próbowała ogarnąć wzrokiem klub w poszukiwaniu Alexa.
Rachel kiwnęła głową i z uśmiechem wpiła się w usta Alice.
- To chodź, mam chyba na Ciebie ochotę. - chwiejnym krokiem, nawzajem się podtrzymując wyszły z klubu.
- A ty jesteś lesbijką ? Czy po prostu żądna przygód? – Rachel włożyła Al język w ucho. Alice przystanęła na chwilę namyślając się. Nigdy nie mogła określić swojej seksualności. Raz tak, raz inaczej. Alex nazywał ją po prostu „seksualną” . Mówił, że Lisbeth Salander była jak ona. Kimkolwiek ona nie była…
- Wiesz… uznaj, że biseks. – Alice włożyła rękę pod podkoszulek Rachel.
- JESTEM BISEKSEM! – krzyknęła. Ludzie na ulicy omijali je szerokim łukiem. Dziewczyna chciała jeszcze trochę pokrzyczeć, ale Rachel przerwała jej pocałunkiem. W końcu dotarły do mieszkania. Alice popchnęła Rachel na łóżko i zamknęła drzwi. Kochały się do świtu, aż w końcu zasnęły w swoich objęciach.
nomnomnom. Artyści kluby barmani, sielanka... piknie. Mówiłam że Al będzie mieć zabawną pracę?Mówiłam?Mówiłam. no więc tego co raz ciekawiej, a tak wgl to błagam częściej, bo usycham. Kaktusem nie jestem noo. Żądna nowego rozdziału jestem. Co się stało z Alexem i Gerardem? kromkam kocham i no, tego no czekam na więcej :3
OdpowiedzUsuńnie żebym zaglądała codziennie i odchodziła powoli od zmysłów...skądże...
OdpowiedzUsuńDODAJ COOOOŚ proszęproszęproszę D: I'm dying here!
dodamy w tym tygodniu ! Ali.
OdpowiedzUsuń