sobota, 31 marca 2012

8.Magia świąt

Gabriela siedziała skulona na fotelu, zagryzając wargi z bólu. Chciała sięgnąć po strzykawkę ale postanowiła, że nie będzie nic brać w Wigilię. Jimmy siedział na kanapie, oglądając jakiś horror. "Kto puszcza w Wigilię horrory?!" przemknęło jej przez myśl.
W jednej ręce trzymał pilota, a w drugiej butelkę z piwem, o ile Gabriela dobrze policzyła, to już piątym tego wieczora. Od czasu do czasu zerkał na skuloną dziewczynę. Czekał, aż będzie mógł ściągnąć spodnie. Widziała krótko przystrzyżone włoski na jego karku, posklejane od potu. Ręka zaciskała się co jakiś czas na butelce, by zaraz się rozluźnić. Modelka dobrze znała tę dłoń, każde załamanie, każde wypuklenie i wklęsłość w kościach. Nie raz Jimmy podkładał jej tę rękę pod samą twarz z wielkim rozmachem. Skóra mężczyzny przybrała czerwonawy odcień - Gabriela domyśliła się, że alkohol w niego uderzył. Zaczęła rozważać, czy ma jeszcze na tyle czasu, żeby sobie władować; pijany Jim był najgorszym, czego doświadczyła.
- Ej, chono tu! – warknął Jim. Gabi zadrżała, widząc jak zwraca ku niej zmącony i rozgniewany wzrok. Z przystojnego fotografa nic mu nie zostało. Spocone czoło, tępy wyraz twarzy, zaczerwieniona skóra i pijackie ruchy.
Dziewczyna skuliła się w sobie. Strach, ból, osaczenie… sex? Ostatnia rzecz, na jaką miałaby ochotę.
- Mam ciee sam przyprowadzić? – Jimmy zaczął się wiercić na kanapie. Gabrieli nagle zrobiło sie niedobrze. Nie zważając na pijanego menedżera zerwała się z miejsca i pobiegła do toalety. Coś tu jest nie tak, pomyślała, zasuwając zamek. Usłyszała zwykłe „Dziwko!” i odgłos spadającej butelki. Ręce jej się trzęsły. Klęknęła przed muszlą by zwymiotować. Skąd u mnie tak silne mdłości? Nagle ścisnęło ją w dołku. Zwymiotowała drugi raz, napinając wszystkie mięśnie. Dysząc ciężko zastanawiała się nad najgorszą z możliwych wersji. Kurwa, myślała, to niemożliwe. Ścisnęła dłońmi sedes. Jest szansa, że o tej porze będzie gdzieś otwarta apteka? Cokolwiek, byleby się stąd wyrwać.
Umyła twarz ze śliny i kucnęła by zobaczyć, czy Jim stoi pod drzwiami. Nie było go w zasięgu wzroku. Mam tylko jedną szansę. Ustawiła ręce na klamce i zamku i policzyła do trzech. Wyskoczyła z łazienki, porwała płaszcz i wybiegła z domu. Kątem oka zobaczyła Jimmiego wyłożonego na kanapie. Był do niej tyłem, z nogami rozwalonymi w dwie przeciwne strony świata. Może walił konia. Może umarł. Nie miałaby nic przeciwko temu.
Stanęła na rogu Zandstraat i Klovenssburwal machając zapamiętale na taksówkę.W końcu stanął zielony opel, wskoczyła do niego szybko. Na szczęście znalazła w kieszeni płaszcza portfel.
- Orientuje się pan może, czy o tej porze jest jeszcze gdzieś otwarta apteka?- wydyszała. Kierowca potaknął ze zdziwieniem. Jechali w milczeniu, zatopieni we własnych myślach. Modelka rozważała możliwość, czy mogła zajść w ciążę, a kierowca zastanawiał się, co tak piękna kobieta chce o tej porze, w samiuśką Wigilię, kupić w aptece. Co chwila zerkał na nią w lusterku. Gdy dojechali, modelka szybko wyskoczyla z samochodu.
- Wesolych Swiat- szepnal kierowca.


Mrs. Brown przysunęła sie do stołu, przy którym siedziała jej młodsza córka z mężem i dwójką dzieci. Krytycznym wzrokiem ogarnęła swój talerz i lekko się skrzywiła.
- Czy ten indyk jest dopieczony, moja droga Harriet ? - burknęła.
Harriet niechętnie przytaknęła, przewracając oczami. Starsza pani pokroiła swoją porcję na malutkie kawałeczki po czym delikatnie wzięła jeden do ust. Żuła chwilę w milczeniu.
- Nie dodałaś tymianku.
Dzieci - czternastoletni Tony i siedemnastoletnia Mary- popatrzyły po sobie znacząco i zachichotały. Babcia była okropna. Harriet zacisnęła mocno powieki. Tylko jej mąż, Jack, nie zwracał na to wszystko uwagi. Siedział, czytając gazetę. On i teściowa już dawno przeszli etap kłótni i teraz w swojej obecności byli tylko zimni i milczący. Babcia jednak dopiero się rozkręcała.
- Co jest na deser? Znów ta paskudna szarlotka? Nie cierpię tej twojej szarlotki. - skrzeknęła mrs. Brown po podaniu kawy – W tej rodzinie, zdaje się, że tylko ja umiem piec. Robisz za gumowate ciasto, a masa nie jest wystarczająco słodka.
Mary upuściła głośno widelec. Zawsze wszystkim smakowała szarlotka jej mamy.
- Rzecz jasna, nie musisz jej jeść. – odpowiedziała lodowato Harriet.
- Powiedz mi, czemu nie ma tu Edwarda i Margaret? – zaoponowała staruszka, odsuwając od siebie nietknięty kawałek ciasta. Harriet trudno już było nad sobą zapanować.
- A czemu nie zaproponowałaś Liamowi przyjazdu tutaj? Wiesz, że spędza święta sam!
Jack głośno przewrócił stronę gazety, jednak jego subtelny gest nie był już w stanie przerwać awantury. Dzieci wodziły z rozdziawionymi ustami wzrokiem od matki do babci.
- Mógłby sobie znaleźć żonę. Ktoś musi pilnować domu!
Harriet uniosła się na krześle.
- Jak tak dalej pójdzie, mamo, niedługo będę musiała cię wyprosić!
- Własną matkę wyrzucisz z domu, tak? Boże za jakie grzechy wychowałam sobie takie dziecko!
- Jesteś potworem! – Harriet zadławiła się złami.
- Wiecie co, ja wychodzę. – odezwał się nagle Jack, trzaskając gazetą o stół.
– Wesołych Świąt.


- Wesołych świąt! – powiedział Alexander do Alice, Ingrid i Liama.
- Wesołych świąt – odpowiedzieli chórem.
Na stole „wigilijnym” był piętrzyły się w połowie puste pudełka po pizzy, puszki i butelki po piwie. Jedna z puszek zmieniła zastosowanie i stała się popielniczką, z której wylatywały niedopałki papierosów. W tle leciała właśnie Giulia y Los Tellarini „Barcelona”.
- Wyjedźmy do Barcelony, nigdy tam nie byłam – powiedziała Alice, odchylając do tyłu głowę – moja matka tam studiowała.
- Pojedziemy, nie bój się… Kiedy tylko będziemy bogaci, ale nie tak piękni jak teraz – roześmiał się Alexander. Liam podrapał się po brzuchu.
- Barcelona powiadacie? Piękne miasto, mieszkałem tam przez rok.
Rozmowa zeszła na podróże Liama, miał niespełna 28 lat a zwiedził kawał świata. Był na misji humanitarnej w Afryce, mieszkał przez parę tygodni w Japonii, studiował fotografię w Nowym Jorku i zwiedził autostopem Europę, łapiąc przy tym każdą robotę, jaka się nawinęła. Począwszy od zbierania truskawek skończywszy na malowaniu budynków. Jego rodzina żywiła do niego niechęć, ponieważ złamał rodzinną tradycję – nie ukończył studiów medycznych. Wolał poznać świat i życie, wiedzieć kim jest i czego oczekuje od świata.
Całą noc rozmawiali o swoich marzeniach – o tym jak to Alice chce zacząć kręcić filmy, Ingrid narysować komiks, który nie będzie płytki i komercyjny, a które, z braku pieniędzy, musiała rysować, Alexander który chce współpracować z największymi domami mody i Liam który marzy o małym domku, gdzieś w ciepłym kraju z dala od rodziny.
Zanim się obejrzeli Pierwszy Dzień Świąt zastał ich wśród brudnych naczyń, dymu papierosowego i smrodu stworzonego z mieszaniny wszystkich pizz, jakie można było dostać w Wigilię w pizzerii. Niebo miało kolor wody z wykręconej ściery, którą ktoś długo wycierał podłogę. Puszysty śnieg zmienił się w brunatną pluchę.

Gerard siedział na fotelu i rozkoszował się widokiem Paryża zimą. Ulice pięknie udekorowane, całe miasto przykryte cienką warstwą śniegu. W jeden ręce trzymał butelkę wina, w drugiej zapalonego papierosa. Cały dzień spędził z rodziną, a musiał to zrobić, bo inaczej zjedliby go żywcem. Sztuczne uśmiechy, życzenia i rozmowy przy wigilijnym stole, setki euro wydane na prezenty które i tak wylądują wkrótce na dnie szafy lub na Ebayu. Nie miał już siły roztrząsać sensu tego wszystkiego.

piątek, 23 marca 2012

7. Znów nie mogę spać.

Za dwa dni wigilia, Gerard wyjechał do Francji parę dni temu, do rodziny. Miał pisać, dzwonić – nie pisał, ani nie dzwonił. Alexander tłumaczył sobie to na miliard sposobów, że nie ma dostępu do telefonu ani Internetu, że świąteczne przygotowania ogarnęły go całkowicie i nie ma jak. Ale na pewno myśli o nim. Jego, Alice i Ingrid święta zaczęły po prostu przytłaczać. Świąteczne wystawy w witrynach sklepów, przesadnię udekorowane miasto i „last christmas” puszczane na okrągło na wszystkich stacjach radiowych.
Co robimy? – zapytała Alice siedzących przy stole Alexa i Ingrid. Zapaliła papierosa i wzięła łyk czerwonego wina nalanego do lekko nadtłuczonego kieliszka.
- Tradycyjną polską kolację? Mam gdzieś dwie książki z przepisami kuchni polskiej, dostałem kiedyś –zasugerował Alexander, jego kieliszek nie był nadtłuczony ale już pusty.
- A może bądźmy ekstrawagancki i zróbmy coś nowego, wybijmy się z tej monotonii! – rzuciła Ingrid.
- Kebaby? – zaśmiał się Alexander.
- Nie, nie kebaby. Może… Kurwa, nikt z nas nie wierzy a chcemy robić jakąś durną wigilię… - burknęła Alice i zaciągał się papierosem, kosmyki włosów opadły jej na czoło.
- W sumie racja… Ale fajnie jest się porządnie najeść raz na jakiś czas – rozmarzył się Alexander.
- Proponuje wina, makarony i dobrą muzykę – rzuciła Ingrid, dolała wszystkim wino do kieliszka.
W ciągu tej nocy wypili trzy butelki wina, siedzieli do czwartej rano i rozmawiali. Wybór menu na ten ‘wspaniały’ dzień był drobnostką w porównaniu z kolejnymi tematami, starali się zdefiniować najważniejsze i najtrudniejsze pojęcia, które są wszystkim bliskie: przyjaźń, miłość, rodzina, szczęście i wiele, wiele więcej.
Następnego ranka Alice obudziła się w pustym mieszkaniu, na drzwiach lodówki przypięta była małą, żółta karteczka: „ Kochana Alice, wybraliśmy się na małe zakupy! Alexander i Ingrid”. Rozsiadła się na sofie, nogi wyłożyła na oparcie. Wpatrywała się w sufit i rozmyślała. Zastanawiała się co będzie jak przyjedzie jej matka, czy będą się kłócić. Spostrzegła, że wszyscy są dookoła są lekko przygnębieni – magia świąt? Czekała aż Amsterdam rozkwitnie. Za parę miesięcy przyjeżdża jej ciotka, musza oddać mieszkanie… Zakochali się z Alexem w tym mieście, może później… Moskwa?
Alice natychmiast otrzeźwiała. Nie lubiła myśleć o swojej przyszłości.
- Carpe diem. - mruknęła do siebie i włączyła computer.
Postanowiła poszukać ciekawego lokalu, gdzie mogłaby tanio jeść po pracy. Chwilę potem do mieszkania weszli, śmiejąc się w głos, Alex i Ingrid z siatkami pełnymi zakupów. Położyli je na stole, Ingrid opowiadała z entuzjazmem chłopakowi o ukochanym swoim profesorze od rysunku. Alexander spojrzał nagle ze zdziwieniem na zegarek a potem na Ingrid.
- Alice! – krzyknął radośnie chłopak, susząc zęby na myśl o reakcji przyjaciółki. - Nie chce nic mówić, ale zdaje się, że za 15 minut masz być u Mrs. Brown…
Alice wypluła powrotem do kubka kawę, którą miała w ustach i zerwała się na równe nogi.
- Fuck fuck fuck – syczała, rzucając się do szafy po zimową kurtkę. Następnie niemalże przefrunęła po torbę do pokoju. Przyjaciele patrzyli zafascynowani na Alice – normalnie osoba, która jest opanowana w każdej sytuacji, dostaje zadyszki od gwałtownego nabierania powietrza przy wychodzeniu do pracy.
- Fuck fuck fuck... – powtarzała, zakładając czarne Conversy. - Spóźnię SIĘ !
- Jedź rowerem. - zaproponowała jej Ingrid, świetnie się bawiąc.
- FUUUUUUCK! - wrzasnęła raz jeszcze Al, trzaskając drzwiami. Nagle zaległa cisza, słychać było tylko dudnienie butów dziewczyny po schodach.
- ...Ale nie wiem, czy to dobry pomysł jechać w trampkach przy minus dziesięciu stopniach. – powiedziała Ingrid, zabrawszy się do układania grejpfrutów w koszyczku na stole.

Alice dokładnie minutę po dziesiątej nacisnęła przycisk dzwonka.
Ku jej zdziwieniu, drzwi otworzyły się niemal natychmiast. Przed Alice stanął wysoki blondyn w garniturze. Na widok Alice znieruchomiał.
- Ooo... Miałem właśnie zadzwonić... – zaczął, czerwieniąc się.
Alice zdziwiła obecność wnuka pani Brown; w jej głowie zaroiło się nagle od czarnych myśli. Co też mogło przydarzyć się staruszce?
- Pan musi być wnukiem... – Al Zaczęła przyglądać się mężczyźnie.
Liam uśmiechnął się i gestem zaprosił ją do środka.
- Tak... Liam Brown... - potwierdził pomagając ściągnąć jej płaszcz. Miał duże, szczupłe, zręczne dłonie o giętkich palcach. Alice od razu zwróciła na nie uwagę.
- Moja babcia...
Dziewczyna wstrzymała oddech.
-… zażyczyła sobie aby natychmiast wyjechać do Anglii. Ja pilnuję jej domu.
Uśmiechnął się zachęcająco. W jego policzkach pojawiły się leciutkie wgłębienia, a oczy obrosły w maleńkie zmarszczki. Alice nie mogła oderwać wzroku od jego błękitnych tęczówek. „Co ja robie? Zapytała samą siebie. Włażę do domu pod nieobecność mojej pracodawczyni i zachwycam się oczami jej wnuka, na dodatek czuję, że szybko stąd nie wyjdę.” Nagle uśmiechnęła się promiennie i zaczęła śmiać, widząc napięcie na twarzy Liama. Mężczyzna również się roześmiał, obydwoje jakimś trafem pomyśleli o tym samym. Lądując na kanapie Liam zapytał:
- Pije pani Whisky, pani Reyes ? – Dziewczyna lekko zmarszczyła brwi, zdaje się że Liazm został uprzedzony, że tutaj przyjdzie.
- Alice. - podała mu rękę. - Tak będzie lepiej.
Nie minęła godzina,gdy oboje radośnie gawędzili. Butelka już opróżniała. W pewnym momencie Alice zapytała Liama :
- I co ? Będziesz tak sam siedział w święta?
Mężczyzna w moment posmutniał. Zdał sobie sprawę,że w wigilię będzie samotnie oglądał Titanica albo grał w Xboxa, bo raczej nie miał z kim spędzić świąt. Jego przyjaciele mają tradycję wyjeżdżania do luksusowych hoteli,tak samo jak rodzice. Babcia nawet nie pomyślała o nim. Schylił głowę wpatrując się w swoje buty. Alice wyczuła,że trafiła e jego czuły punkt.
- Przepraszam...-szepnęła, delikatnie obejmując go w pasie, naprawdę wzbudził jej sympatię. Nagle do głowy przyszedł jej genialny pomysł.- Liam! Chodź na wigilię do nas!

czwartek, 22 marca 2012

To nie jest schizofrenia! Czyli odcinek specjalny pt. 2

Pomysł na spędzenie życia pojawił się, tak naprawdę, gdy zdałam maturę. Wiedziałam, że ojciec mnie wydziedziczy, gdy obwieszczę mu, że zamierzam zając się reżyserią. No ale przecież nie mogłam długo udawać, że nie wiem, co będę robić; i w końcu nadszedł taki moment, gdy ze łzami w oczach słuchałam jak mój tata mówi mi, że zawiódł się na mnie, że nie myślał, że upadnę tak nisko i że wstyd przyznać się nawet przed rodziną. W wyciągniętym sweterku wyglądał tak żałośnie, swojsko i… kochanie. Patrząc na tego pomarszczonego, srogiego pana w starszym wieku, w okularach na wydatnym nosie, zsuwających się co chwila na jego czubek, rozczuliłam się, i zamiast wygłosić chamskie i pełne wyniosłości przemówienie na temat, czyim życiem tak naprawdę ojciec żyje – swoim, czy moim, powiedziałam tylko, że bez względu na to, co o mnie sądzi ja i tak będę go kochać. Na koniec wyszłam i zaczęłam pakować swoje rzeczy, ale następnego dnia ojciec przyszedł do mnie i przeprosił. Powiedział wtedy najpiękniejsze słowa jakie kiedykolwiek słyszałam, żeby padły z jego ust: „Cokolwiek zrobisz, będę ci pomagał.”
Dlaczego wybrałam reżyserię? Tak naprawdę obudziłam się pewnego poranka i stwierdziłam, zapewne podczas porannego papierosa, że już wiem, co chcę robić w życiu. Wiem, że nie wspominałam, że mam w sobie jakąś drugą mnie, która wszystko wie, i czasami zdradza mi, co myśli. Dlatego mój ranek trwa tak długo – czekam w skupieniu, już od lat, aż ten silny głos, przebijający się poprzez chaotyczne i leniwe poranne myśli, znów przemówi. Nigdy się nie pomylił, zawsze jego propozycje są właściwe. Niektórzy nazwali by to intuicją, ale ja czuję, że to coś więcej niż tylko szósty zmysł. Według mnie po prostu jestem świrnięta.
Kochałam kręcić swoje własne filmy. Od najmłodszych lat interesowałam się aktorstwem, kinem. W szkole podstawowej reżyserowałam nawet szkolnego Hamleta.
Jak to zwykle w życiu bywa, gdy na jednym froncie wygrywasz, i powodzi ci się świetnie, inny front całkowicie się wali. Po zdaniu matury, moja przyjaciółka, Ingrid, postanowiła wrócić do swojego ojczystego kraju – Szwecji, na studia artystyczne. Mimo, iż cieszyłam się jej szczęściem, i życzyłam jej jak tylko się da najlepiej, to pamiętam ten dudniący ból w klatce piersiowej i niepewność o kolejny dzień, kiedy żegnałam ją na lotnisku. Od tego dnia wiele się zmieniło. Nauczyłyśmy się utrzymywać naszą przyjaźń na odległość.
A jak mi szło z miłością? Nie wiem, czy to, co czułam do Charliego było miłością. Charlie i ja mieliśmy milion wspólnych zainteresowań, mogliśmy rozmawiać godzinami, nasz związek był tak idealny, że aż się chciało rzygać. Dziś utrzymujemy koleżeńskie kontakty, ale wiem, że Charlie nigdy więcej nie pozwoliłby mi zbliżyć sie do siebie. Tak więc życiowy epizod dotyczący miłości też skopałam.
Wyprowadziłam się z domu zaraz po zakończeniu studiów. Wynajęliśmy z Alexem małe, przytulne mieszkanko i w bólach uczyliśmy się żyć całkowicie samodzielnie. Ja z kamerą u boku, Alexander wiecznie z książkami, ryjąc historię sztuki na pamięć. To uczucie wolności po skończeniu studiów towarzyszyło mi jeszcze przez pewien czas, dopóki nie zrozumiałam, że właściwie stanęłam w martwym punkcie. Dzień za dniem czekałam na poranek, który da mi objawienie – idź tam i tam. Zrób to i to. Alex studiował, ja czekałam. Wszyscy nasi znajomi układali sobie powoli życie w spójną historię. Tylko ja byłam martwa. Dużo czytałam w tamtym okresie, przesłuchałam całe tony płyt i płaciłam niebotyczne sumy za długie rozmowy z Ingrid przez telefon. Już zaczynałam tracić nadzieję, że cokolwiek się zmieni, aż pewnego ranka przez głowę przemknęła mi myśl – wyjedź. Czekałam dalej z zapartym tchem ale mój wewnętrzny głos już się nie odezwał. Wyjazd zmieniał totalnie wszystko. Czułam, że to będzie piękne i dziwne miejsce, że tam odnajdę wreszcie wszystko, czego nie udało mi się znaleźć tutaj. No i wreszcie zdecydowałam. A raczej zdecydowałyśmy: ja i to drugie, wszechwiedzące ja. Więc… Hallo, Mr. Amsterdam.

poniedziałek, 19 marca 2012

Porque ? Czyli odcinek specjalny pt. 1

Dokładnie wiem, co znaczy, gdy rodzic nie umie zachować proporcji w wychowaniu dziecka. Mój ojciec zawsze oczekiwał ode mnie rzeczy, których nie potrafiłam mu dać. Kiedy tylko zauważył, że mam genialną pamięć, postanowił wychować mnie na swoją następczynię; chciał, abym była prawnikiem i, tak jak on, służyła społeczeństwu. Matka żyjąca w cieniu ojca tylko mu przytakiwała, nie zabierając głosu i nie wtrącając się w żelazne, ojcowskie wychowanie. Wkładała wszystkie swoje siły, żeby utrzymać dom w sterylnych niemalże warunkach czystości. Była nienaganną gospodynią, zawsze stawiającą się posłusznie na wezwanie męża. Co ciekawe, ojciec nigdy nie zastosował wobec niej przemocy, więc doszłam do wniosku, że moja matka po prostu chciała być służącą. Jedyne, co ją interesowało, i do czego dążyła z niezmiennym przez lata uporem, to pragnienie, by jej dzieci mówiły płynnie po hiszpańsku w jej obecności. Nie mieliśmy z bratem żadnego wyboru, ojciec bezgłośnie popierał matkę, lub po prostu mało go to obchodziło. I tak, zatrzaśnięci pomiędzy obojętnością a terrorem, kryliśmy się na przemian w gabinecie ojca, udając, że się uczymy, lub lecieliśmy do kuchni w panicznym strachu, nawijając przy tym po hiszpańsku, jak najęci, w zależności od tego, kogo z rodziców chcieliśmy akurat unikać.
Dla ojca największą świętością była nauka. Mój tatuś nie radził sobie ze świadomością, że mogłabym mieć jakąś inną ocenę niż A. Ryłam non stop i obgryzałam paznokcie przed każdym testem, a gdy otrzymany stopień nie był tym, którego oczekiwałam, trzęsłam się ze strachu na myśl, że musze stanąć przed ojcem i powiedzieć mu, że go zawiodłam. Z nawiązaniem jakichkolwiek kontaktów było mi ciężko, klasa mnie wyraźnie odrzuciła, nie miałam nikogo, z kim mogłabym porozmawiać. Szacunkiem darzyli mnie tylko nauczyciele, jak każdego prymusa. Z wiekiem, który popchnął moje ciało ku dojrzewaniu psychicznemu i cielesnemu, poznałam korzyści wynikające z umiejętności kłamania. Od tej pory zaczęłam powolutku, pleść sieć kłamstw dla ojca, matki, nawet dla brata. Planowałam dokładnie każde kłamstwo, próbując przewidzieć reakcję rodziców. Przestałam się uczyć w gabinecie taty, tłumacząc, że brat co chwila mnie rozprasza, a ja potrzebuję się skupić.
Skończyłam szkołę podstawą i zostałam przez ojca wysłana do najlepszej szkoły średniej. Dopiero tam odżyłam, zaczęłam interesować się tym, czym dziewczyny w moim wieku się interesowały. Jednak nadal nie miałam przyjaciół, oprócz Ingrid, tak samo jak ja była odizolowana od społeczeństwa, aż do dnia, w którym poznałam Alexandra. Wzbudził, głęboko we mnie skrywane pragnienie wolności i niezależności, i wtedy zaczęłam stawiać się ojcu, przez to w domu było piekło. Codzienne awantury o to, co zrobię ze swoim życiem wyrobiły mi ostry język i niezwykłą błyskotliwość i szybkość reakcji, a także nauczyłam się wyłączać kiedy to było konieczne. Ojciec stracił już w pewnym momencie wszystkie siły, kierując nadzieje w stronę swojego drugiego, mniej zdolnego dziecka.
Nie trzeba było długiego okresu czasu, żeby Alexander wiedział o mnie więcej niż moi rodzice. Miał swój własny sposób patrzenia na świat i palił jak smok. Jego wygląd i charakterystyczny sposób bycia wzbudzały we mnie słuszne przypuszczenia, że jest homoseksualistą. Dzięki jego osobie zaczęłam otwierać przetarte tylko, do tej pory, oczy.

niedziela, 4 marca 2012

6. Nędza, szyderstwo i papieros.

- Hola, mama… - Alice jedną ręką odebrała telefon, a drugą podała Ingrid patelnię, do której mocno przywarła jajecznica. Zapach spalenizny szybko rozprzestrzenił się po całej kuchni. Ingrid popatrzyła tylko z niesmakiem na ciemnożółtą papkę i ceremonialnym ruchem wyrzuciła ją do kosza. Kompletny brak wyczucia co do gotowania był tak zakorzeniony w Alice, że nawet zrobienie jajecznicy wymagało pomocy osób trzecich.
- Como hay ? – Alice mechanicznie przeszła do salonu i zaczęła nerwowo chodzić dookoła foteli. Nienawidziła mówić po hiszpańsku przy znajomych. Sama nie wiedziała, co jest złego w używaniu ojczystej mowy w rozmowie z matką, której bardzo zależało na ćwiczeniu ojczystego języka, i nawet fakt, że Alice nie miała obywatelstwa argentyńskiego, a w samej Argentynie była trzy razy, nie przemawiało na jej korzyść. Nie przyjmowała żadnych wymówek, ze swoją córką rozmawiała tylko po hiszpańsku. Ingrid zaczęła głośno zeskrobywać przypalone jajka z patelni, zerkając przy tym na stopień irytacji przyjaciółki. Alice usiadła na kanapie i, rzuciwszy dziewczynie zmęczone spojrzenie, zatopiła się w rozmyślaniach. Zbliżał się kolejny problem. Ingrid wytarła ręce ścierką i próbowała odczytać coś z twarzy Alice.
- Sí... Aceptar... Entiendo… Amsterdam es una ciudad hermosa.
Alice mechanicznie otwierała usta, jakby umiejętność mówienia była tak prosta dla jej organizmu, jak mruganie. Lekko wymusiła na matce koniec rozmowy.
Mamita… estoy muy ocupado, pero ven! Estoy deseando! Te Amo. - Ingrid siedziała przy stole z głową opartą o dłonie. Wiedziała o co chodzi.
- Naprawdę chcesz, żeby tu przyjechała?
Alice odłożyła telefon i wyjęła papierosa z paczki na stole.
- Kiedyś musi. – westchnęła.
- Usmażę ci jajecznicę.
W tym momencie usłyszały jak otwierają się drzwi pokoju Alexa i ktoś drepcze w ich stronę. Do salonu wszedł wysoki i chudy, jak przecinek, chłopak, w samych tylko slipkach, sennie przecierając oczy. Popatrzył na dziewczyny i zastygł w bezruchu. Jedna siedziała na kanapie z papierosem w dłoni, druga stała na środku kuchni i patrzyła na niego nieprzytomnym wzrokiem. Cisza trwała może półtorej sekundy, ale wydawała się wiecznością. Chłopak rozciągnął jeden kącik ust i znikł w korytarzu.
- Ej, widziały mnie. – szepnął podniecony do leżącego na brzuchu Alexandra, który odwrócił do niego głowę.
-To coś złego, Gerard ? – uśmiechnął się i cmoknął w jego stronę – Muszą cię w końcu poznać i dowiedzieć się o naszym planie. – powiedział lekko zachrypniętym od spania głosem.
- Ubieraj się w takim razie! Drugi raz już tam nie wejdę sam! – Gerard uśmiechnął się szeroko i jednym ruchem ściągnął kołdrę z Alexa.
-Witaj,Alexander. – mruknęła jego współlokatorka
- Alice, słoneczko moje, jak się spało? - zapytał Alex, oparł się o framugę drzwi – zrób mi kawę, proszę ładnie.
- Raczej jak WAM się spało, co? – uśmiechnęła się delikatnie, podeszła do kredensu i zaczęła dosypywać granulową kawę do białego, dużego kubka z flagą Wielkiej Brytanii.
- Och nic nie słyszałaś, prawda?
- Nie, włączyłam od razu dubstepa, słuchałam go tak ze dwie lub trzy godziny nim skończyliście –dolała wrzątek do kubka
Alex usiadł przy dużym, masywnym, dębowym stole stojący na środku kuchnio-salono-jadalnio-palarni na białym krześle z ikei, wyciągnął papierosa i zapalił. Do pokoju weszła zaspana Ingrid w długiej, do kolan koszuli nocnej a na niej markowy, czarny kardigan z złotymi guzikami a za nią Gerard ubrany już w swoje ciuchy. Wszyscy siedzieli przy stole i palili swoje ‘śniadanie’. Rzadko kiedy Alex i Alec jedli śniadanie w Amsterdami, zazwyczaj starczały im dwa-trzy papierosy rano i kawa. Dopiero później siadali w jakieś kawiarni i pili doleją kawę z croissantem. Alex przerwał rozmowę toczącą się o wyższości domu mody McQueen nad Jackobsem toczącą się między Alice a Gerardem, Alice stała murem za nieżyjącym McQueen’em.
- Chyba zwalniam się z pracy.
- Co?! – powiedzieli jednocześnie Alice, Ingrid i Gerard.
- No zwalniam, napisałem już wymówienie.
Niecałą godzinę później Gerard wybiegł z ich mieszkania, spóźniony już do pracy, Ingrid i Alice poszły na zakupy w celu znalezienia jakieś sukienki którą Ingrid mogłaby założyć na wieczór autorski swojej przyjaciółki po powrocie do Sztokholmu a Alexander przeglądał jakąś beznadzieją książkę którą znalazł w wciąż nierozpakowanym pudle w koncie pokoju.
Była już trzynasta, Alexander stał przed Pubem. Wziął sobie wcześniej wolne, nie chciał oglądać parszywej gęby Kurta. Wziął głęboki oddech i popchał szklane drzwi dzielące ruchliwą ulicę Amsterdamu od tego cholernego pubu.
- Alexander! Nareszcie, wyzdrowiałeś? Tęskniłem za Tob.. To znaczy My tęskniliśmy za Tobą! – przywitał go na wejściu Kurt ubrany w zapewne drogi garnitur.
- Szkoda, że ja tak nie tęskniłem za Tobą jak ty za mną – tymi słowami stworzył niewidzialną barierę pomiędzy nim a Kurtem.
- Jeszcze się przekonasz jak za mną tęskniłeś – na jego twarzy pojawił się diabelski uśmiech.
- Jednak nie, odchodzę.
- Co?! Chyba sobie żartujesz, teraz? Teraz, kiedy będzie fala turystów? – Kurt zbladł, uśmiech zszedł mu z twarzy.
- Tak, to moja rezygnacja – wcisnął do jego ręki kartkę z wymówieniem którą nabazgrał wczoraj wieczorem.
- Ja jednak nie zniknę, zbyt mi się podobasz. Teraz po prostu będziemy widywali się rzadziej – powiedział Kurt, jednak Alex nie usłyszał tego bo wyszedł z Pubu.
Alexander czuł się wolny, jednak nie miały pracy. Te 500 euro które przesłała mu mama i babcia nie mogły na długo starczyć. Może wyżyłby za nie maksymalnie trzy, cztery tygodnie. A potem? Wyobraził sobie scenę; on i Alice siedzieli ubrani w stare, zniszczone, brudne i niemodne ciuchy w ich salono-kuchnio-jadalnio-palarni. Na kuchence gazowej leżał stary, brudny, emaliowany garnek a w nim gotowała się zupa. Składała się z sam nie wie czego i podobnie się nazywała. Alice wzięła z lodówki resztki jedzenia, pokroiła i wrzuciła, dziwnie bulgotała co sprawiało uczucie niepokoju i jeszcze większej nędzy. Siedzieli cicho, kiedy Alice powiedziała:
‘Alex nie mamy już papierosów…’
Ta okropna myśl szybko zniknęła kiedy Alexander kupił gazetę codzienną, przerzucił na stronę z ofertami pracy i zaczął podkreślać na ulicy, oparty o mur jakieś kamienicy oferty pracy które mogły go interesować. Co on mógł robić po historii sztuki i licznych kursach projektowania mody? Mógł malować, szyć ale nie zbijałby na tym kokosów – wcześniej też nie zbijał ale łączyć jego pensję i pensję Alice, sprawiało, że należeli do klasy średniej pozwalającej sobie raz na jakiś czas na odrobinę luksusu. Praca opiekuna kamienicy nie interesowała go, sprzedawcy w hipermarkecie tym bardziej. Nagle jego oczą rzucił mu się napis „muzeum sztuki Van Gogha szuka wszechstronnej i energicznej osoby, wymagane studia historii sztuki”.
- Pierdzielić kasę, to van Gogh!


Przepraszamy,że tak długo nic się nie pojawiało. Trochę mieliśmy problemów,ale teraz jest ok, już wszystko będzie grać. Alice.
Tak nawiasem to założyliśmy fanpage : Hello, mr.Amsterdam zachęcam do lajkowania.