Pomysł na spędzenie życia pojawił się, tak naprawdę, gdy zdałam maturę. Wiedziałam, że ojciec mnie wydziedziczy, gdy obwieszczę mu, że zamierzam zając się reżyserią. No ale przecież nie mogłam długo udawać, że nie wiem, co będę robić; i w końcu nadszedł taki moment, gdy ze łzami w oczach słuchałam jak mój tata mówi mi, że zawiódł się na mnie, że nie myślał, że upadnę tak nisko i że wstyd przyznać się nawet przed rodziną. W wyciągniętym sweterku wyglądał tak żałośnie, swojsko i… kochanie. Patrząc na tego pomarszczonego, srogiego pana w starszym wieku, w okularach na wydatnym nosie, zsuwających się co chwila na jego czubek, rozczuliłam się, i zamiast wygłosić chamskie i pełne wyniosłości przemówienie na temat, czyim życiem tak naprawdę ojciec żyje – swoim, czy moim, powiedziałam tylko, że bez względu na to, co o mnie sądzi ja i tak będę go kochać. Na koniec wyszłam i zaczęłam pakować swoje rzeczy, ale następnego dnia ojciec przyszedł do mnie i przeprosił. Powiedział wtedy najpiękniejsze słowa jakie kiedykolwiek słyszałam, żeby padły z jego ust: „Cokolwiek zrobisz, będę ci pomagał.”
Dlaczego wybrałam reżyserię? Tak naprawdę obudziłam się pewnego poranka i stwierdziłam, zapewne podczas porannego papierosa, że już wiem, co chcę robić w życiu. Wiem, że nie wspominałam, że mam w sobie jakąś drugą mnie, która wszystko wie, i czasami zdradza mi, co myśli. Dlatego mój ranek trwa tak długo – czekam w skupieniu, już od lat, aż ten silny głos, przebijający się poprzez chaotyczne i leniwe poranne myśli, znów przemówi. Nigdy się nie pomylił, zawsze jego propozycje są właściwe. Niektórzy nazwali by to intuicją, ale ja czuję, że to coś więcej niż tylko szósty zmysł. Według mnie po prostu jestem świrnięta.
Kochałam kręcić swoje własne filmy. Od najmłodszych lat interesowałam się aktorstwem, kinem. W szkole podstawowej reżyserowałam nawet szkolnego Hamleta.
Jak to zwykle w życiu bywa, gdy na jednym froncie wygrywasz, i powodzi ci się świetnie, inny front całkowicie się wali. Po zdaniu matury, moja przyjaciółka, Ingrid, postanowiła wrócić do swojego ojczystego kraju – Szwecji, na studia artystyczne. Mimo, iż cieszyłam się jej szczęściem, i życzyłam jej jak tylko się da najlepiej, to pamiętam ten dudniący ból w klatce piersiowej i niepewność o kolejny dzień, kiedy żegnałam ją na lotnisku. Od tego dnia wiele się zmieniło. Nauczyłyśmy się utrzymywać naszą przyjaźń na odległość.
A jak mi szło z miłością? Nie wiem, czy to, co czułam do Charliego było miłością. Charlie i ja mieliśmy milion wspólnych zainteresowań, mogliśmy rozmawiać godzinami, nasz związek był tak idealny, że aż się chciało rzygać. Dziś utrzymujemy koleżeńskie kontakty, ale wiem, że Charlie nigdy więcej nie pozwoliłby mi zbliżyć sie do siebie. Tak więc życiowy epizod dotyczący miłości też skopałam.
Wyprowadziłam się z domu zaraz po zakończeniu studiów. Wynajęliśmy z Alexem małe, przytulne mieszkanko i w bólach uczyliśmy się żyć całkowicie samodzielnie. Ja z kamerą u boku, Alexander wiecznie z książkami, ryjąc historię sztuki na pamięć. To uczucie wolności po skończeniu studiów towarzyszyło mi jeszcze przez pewien czas, dopóki nie zrozumiałam, że właściwie stanęłam w martwym punkcie. Dzień za dniem czekałam na poranek, który da mi objawienie – idź tam i tam. Zrób to i to. Alex studiował, ja czekałam. Wszyscy nasi znajomi układali sobie powoli życie w spójną historię. Tylko ja byłam martwa. Dużo czytałam w tamtym okresie, przesłuchałam całe tony płyt i płaciłam niebotyczne sumy za długie rozmowy z Ingrid przez telefon. Już zaczynałam tracić nadzieję, że cokolwiek się zmieni, aż pewnego ranka przez głowę przemknęła mi myśl – wyjedź. Czekałam dalej z zapartym tchem ale mój wewnętrzny głos już się nie odezwał. Wyjazd zmieniał totalnie wszystko. Czułam, że to będzie piękne i dziwne miejsce, że tam odnajdę wreszcie wszystko, czego nie udało mi się znaleźć tutaj. No i wreszcie zdecydowałam. A raczej zdecydowałyśmy: ja i to drugie, wszechwiedzące ja. Więc… Hallo, Mr. Amsterdam.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz