sobota, 31 marca 2012

8.Magia świąt

Gabriela siedziała skulona na fotelu, zagryzając wargi z bólu. Chciała sięgnąć po strzykawkę ale postanowiła, że nie będzie nic brać w Wigilię. Jimmy siedział na kanapie, oglądając jakiś horror. "Kto puszcza w Wigilię horrory?!" przemknęło jej przez myśl.
W jednej ręce trzymał pilota, a w drugiej butelkę z piwem, o ile Gabriela dobrze policzyła, to już piątym tego wieczora. Od czasu do czasu zerkał na skuloną dziewczynę. Czekał, aż będzie mógł ściągnąć spodnie. Widziała krótko przystrzyżone włoski na jego karku, posklejane od potu. Ręka zaciskała się co jakiś czas na butelce, by zaraz się rozluźnić. Modelka dobrze znała tę dłoń, każde załamanie, każde wypuklenie i wklęsłość w kościach. Nie raz Jimmy podkładał jej tę rękę pod samą twarz z wielkim rozmachem. Skóra mężczyzny przybrała czerwonawy odcień - Gabriela domyśliła się, że alkohol w niego uderzył. Zaczęła rozważać, czy ma jeszcze na tyle czasu, żeby sobie władować; pijany Jim był najgorszym, czego doświadczyła.
- Ej, chono tu! – warknął Jim. Gabi zadrżała, widząc jak zwraca ku niej zmącony i rozgniewany wzrok. Z przystojnego fotografa nic mu nie zostało. Spocone czoło, tępy wyraz twarzy, zaczerwieniona skóra i pijackie ruchy.
Dziewczyna skuliła się w sobie. Strach, ból, osaczenie… sex? Ostatnia rzecz, na jaką miałaby ochotę.
- Mam ciee sam przyprowadzić? – Jimmy zaczął się wiercić na kanapie. Gabrieli nagle zrobiło sie niedobrze. Nie zważając na pijanego menedżera zerwała się z miejsca i pobiegła do toalety. Coś tu jest nie tak, pomyślała, zasuwając zamek. Usłyszała zwykłe „Dziwko!” i odgłos spadającej butelki. Ręce jej się trzęsły. Klęknęła przed muszlą by zwymiotować. Skąd u mnie tak silne mdłości? Nagle ścisnęło ją w dołku. Zwymiotowała drugi raz, napinając wszystkie mięśnie. Dysząc ciężko zastanawiała się nad najgorszą z możliwych wersji. Kurwa, myślała, to niemożliwe. Ścisnęła dłońmi sedes. Jest szansa, że o tej porze będzie gdzieś otwarta apteka? Cokolwiek, byleby się stąd wyrwać.
Umyła twarz ze śliny i kucnęła by zobaczyć, czy Jim stoi pod drzwiami. Nie było go w zasięgu wzroku. Mam tylko jedną szansę. Ustawiła ręce na klamce i zamku i policzyła do trzech. Wyskoczyła z łazienki, porwała płaszcz i wybiegła z domu. Kątem oka zobaczyła Jimmiego wyłożonego na kanapie. Był do niej tyłem, z nogami rozwalonymi w dwie przeciwne strony świata. Może walił konia. Może umarł. Nie miałaby nic przeciwko temu.
Stanęła na rogu Zandstraat i Klovenssburwal machając zapamiętale na taksówkę.W końcu stanął zielony opel, wskoczyła do niego szybko. Na szczęście znalazła w kieszeni płaszcza portfel.
- Orientuje się pan może, czy o tej porze jest jeszcze gdzieś otwarta apteka?- wydyszała. Kierowca potaknął ze zdziwieniem. Jechali w milczeniu, zatopieni we własnych myślach. Modelka rozważała możliwość, czy mogła zajść w ciążę, a kierowca zastanawiał się, co tak piękna kobieta chce o tej porze, w samiuśką Wigilię, kupić w aptece. Co chwila zerkał na nią w lusterku. Gdy dojechali, modelka szybko wyskoczyla z samochodu.
- Wesolych Swiat- szepnal kierowca.


Mrs. Brown przysunęła sie do stołu, przy którym siedziała jej młodsza córka z mężem i dwójką dzieci. Krytycznym wzrokiem ogarnęła swój talerz i lekko się skrzywiła.
- Czy ten indyk jest dopieczony, moja droga Harriet ? - burknęła.
Harriet niechętnie przytaknęła, przewracając oczami. Starsza pani pokroiła swoją porcję na malutkie kawałeczki po czym delikatnie wzięła jeden do ust. Żuła chwilę w milczeniu.
- Nie dodałaś tymianku.
Dzieci - czternastoletni Tony i siedemnastoletnia Mary- popatrzyły po sobie znacząco i zachichotały. Babcia była okropna. Harriet zacisnęła mocno powieki. Tylko jej mąż, Jack, nie zwracał na to wszystko uwagi. Siedział, czytając gazetę. On i teściowa już dawno przeszli etap kłótni i teraz w swojej obecności byli tylko zimni i milczący. Babcia jednak dopiero się rozkręcała.
- Co jest na deser? Znów ta paskudna szarlotka? Nie cierpię tej twojej szarlotki. - skrzeknęła mrs. Brown po podaniu kawy – W tej rodzinie, zdaje się, że tylko ja umiem piec. Robisz za gumowate ciasto, a masa nie jest wystarczająco słodka.
Mary upuściła głośno widelec. Zawsze wszystkim smakowała szarlotka jej mamy.
- Rzecz jasna, nie musisz jej jeść. – odpowiedziała lodowato Harriet.
- Powiedz mi, czemu nie ma tu Edwarda i Margaret? – zaoponowała staruszka, odsuwając od siebie nietknięty kawałek ciasta. Harriet trudno już było nad sobą zapanować.
- A czemu nie zaproponowałaś Liamowi przyjazdu tutaj? Wiesz, że spędza święta sam!
Jack głośno przewrócił stronę gazety, jednak jego subtelny gest nie był już w stanie przerwać awantury. Dzieci wodziły z rozdziawionymi ustami wzrokiem od matki do babci.
- Mógłby sobie znaleźć żonę. Ktoś musi pilnować domu!
Harriet uniosła się na krześle.
- Jak tak dalej pójdzie, mamo, niedługo będę musiała cię wyprosić!
- Własną matkę wyrzucisz z domu, tak? Boże za jakie grzechy wychowałam sobie takie dziecko!
- Jesteś potworem! – Harriet zadławiła się złami.
- Wiecie co, ja wychodzę. – odezwał się nagle Jack, trzaskając gazetą o stół.
– Wesołych Świąt.


- Wesołych świąt! – powiedział Alexander do Alice, Ingrid i Liama.
- Wesołych świąt – odpowiedzieli chórem.
Na stole „wigilijnym” był piętrzyły się w połowie puste pudełka po pizzy, puszki i butelki po piwie. Jedna z puszek zmieniła zastosowanie i stała się popielniczką, z której wylatywały niedopałki papierosów. W tle leciała właśnie Giulia y Los Tellarini „Barcelona”.
- Wyjedźmy do Barcelony, nigdy tam nie byłam – powiedziała Alice, odchylając do tyłu głowę – moja matka tam studiowała.
- Pojedziemy, nie bój się… Kiedy tylko będziemy bogaci, ale nie tak piękni jak teraz – roześmiał się Alexander. Liam podrapał się po brzuchu.
- Barcelona powiadacie? Piękne miasto, mieszkałem tam przez rok.
Rozmowa zeszła na podróże Liama, miał niespełna 28 lat a zwiedził kawał świata. Był na misji humanitarnej w Afryce, mieszkał przez parę tygodni w Japonii, studiował fotografię w Nowym Jorku i zwiedził autostopem Europę, łapiąc przy tym każdą robotę, jaka się nawinęła. Począwszy od zbierania truskawek skończywszy na malowaniu budynków. Jego rodzina żywiła do niego niechęć, ponieważ złamał rodzinną tradycję – nie ukończył studiów medycznych. Wolał poznać świat i życie, wiedzieć kim jest i czego oczekuje od świata.
Całą noc rozmawiali o swoich marzeniach – o tym jak to Alice chce zacząć kręcić filmy, Ingrid narysować komiks, który nie będzie płytki i komercyjny, a które, z braku pieniędzy, musiała rysować, Alexander który chce współpracować z największymi domami mody i Liam który marzy o małym domku, gdzieś w ciepłym kraju z dala od rodziny.
Zanim się obejrzeli Pierwszy Dzień Świąt zastał ich wśród brudnych naczyń, dymu papierosowego i smrodu stworzonego z mieszaniny wszystkich pizz, jakie można było dostać w Wigilię w pizzerii. Niebo miało kolor wody z wykręconej ściery, którą ktoś długo wycierał podłogę. Puszysty śnieg zmienił się w brunatną pluchę.

Gerard siedział na fotelu i rozkoszował się widokiem Paryża zimą. Ulice pięknie udekorowane, całe miasto przykryte cienką warstwą śniegu. W jeden ręce trzymał butelkę wina, w drugiej zapalonego papierosa. Cały dzień spędził z rodziną, a musiał to zrobić, bo inaczej zjedliby go żywcem. Sztuczne uśmiechy, życzenia i rozmowy przy wigilijnym stole, setki euro wydane na prezenty które i tak wylądują wkrótce na dnie szafy lub na Ebayu. Nie miał już siły roztrząsać sensu tego wszystkiego.

1 komentarz:

  1. Dwutysięczny ;) Ogromny szacunek dla autorów, fantastyczne opowiadanie! Czekam z niecierpliwością na następny odcinek.

    OdpowiedzUsuń